
Premisa jest jedynym zdaniem scenariusza, które nigdy w nim nie pada. Nie mówi jej żaden bohater i nie ma jej w didaskaliach, a i tak rozstrzyga, które sceny zostaną, a które wylecą.
To jedno zdanie twierdzące o tym, jak działa świat opowieści. Ma w sobie bohatera, siłę, która nim porusza, i skutek, który z tego wynika. „Ambicja bez hamulca zjada tego, kto ją nosi” jest premisą. „Film o ambicji” premisą nie jest, bo z samego tematu nie wynika ani jedna scena, ani żadne zakończenie. Różnica jest praktyczna, bo z twierdzenia da się wyprowadzić konflikt, a z hasła nie da się wyprowadzić niczego.
Pojęcie ma konkretnego ojca. Lajos Egri w The Art of Dramatic Writing uznał, że sztuka bez wyraźnie postawionej tezy rozłazi się niezależnie od tego, jak dobre są w niej postacie. Kazał zapisać ją jednym czynnym zdaniem i trzymać się go do końca pracy. Ta sama rzecz bywa nazywana ideą kontrolującą albo zdaniem tematycznym, ale narzędzie pod tymi nazwami jest jedno.
Premisa pracuje przy wyrzucaniu, nie przy wymyślaniu. Napisana scena bywa dobra sama w sobie i zupełnie nie na temat, a wtedy najtrudniej ją ruszyć, bo przecież się udała. Zdanie tematyczne rozstrzyga ten spór bez sentymentów. Scena, która tezy ani nie potwierdza, ani nie komplikuje, jest w tym scenariuszu gościem.
Sprawa robi się namacalna, gdy tę samą historię ustawi się na dwóch różnych tezach. Człowiek zostawia rodzinę dla pracy, którą kocha. Przy założeniu, że taki wybór zabiera człowiekowi wszystkich bliskich, scenariusz zbiera dowody osamotnienia i kończy się w pustym mieszkaniu. Przy założeniu, że każdy ma prawo wybrać siebie, te same zdarzenia prowadzą do sceny, w której bohater pierwszy raz oddycha. Zdarzenia są wspólne, a filmy wychodzą dwa.
Tezy dowodzi się wyłącznie tym, co bohaterom się przydarza. Kiedy postać staje i wykłada morał, teza z udowodnionej robi się ogłoszona, a to dwie zupełnie różne rzeczy. Ludzie przyjmują wnioski, do których doszli sami, i odruchowo odrzucają te, które ktoś im wręcza. Dlatego najmocniejsze zdanie tematyczne wychodzi z kina w głowach widzów, choć ze sceny nikt go nie wypowiedział.
Tak zrobił to Henrik Ibsen w Domu lalki. Nora przez trzy akty jest dla męża czymś pomiędzy dzieckiem a ozdobą domu. Kiedy wychodzi na jaw, że to ona kiedyś uratowała mu życie, mąż myśli wyłącznie o własnej opinii. Zdanie o małżeństwie, które nie przetrzyma przebudzenia żony, nie pada tam ani razu — zamiast niego jest trzaśnięcie drzwiami w ostatniej scenie.
Premisa bardzo rzadko przychodzi pierwsza. Częściej jest tak, że autor pisze przez pół roku, ogląda gotowy materiał i dopiero wtedy widzi, o czym to właściwie napisał. Znalezienie tezy w drugiej wersji nie jest wstydem, tylko normalnym trybem pracy. Wstydem jest oddanie tekstu, w którym nikt jej nie znalazł, łącznie z autorem.
Ze zdaniem tematycznym mylony bywa logline, choć robią co innego. Logline jest na zewnątrz, ma sprzedać film w jednym oddechu i mówi, kto czego chce oraz co mu stoi na drodze. Premisa zostaje w środku, w notatniku autora, i nikt poza nim nie musi jej nigdy zobaczyć. Scenariusz bez niej czyta się do końca bez większego bólu, tylko po ostatniej stronie nie wiadomo, po co się go czytało.