Przejdź do treści

Oś czasu i mapa świata: narzędzia ciągłości

Abraham Ortelius, Typus Orbis Terrarum, 1570 — ręcznie kolorowany miedzioryt: kontynenty w bladym różu, żółci i zieleni, poprzecinane siatką południków i równoleżników, z żaglowcami i potworem morskim rozsianymi po oceanach. Całość obiega granatowo-złota bordiura ze zwojami, z czerwonym tytułem na banderoli u góry i czterema okrągłymi medalionami łacińskich sentencji w narożnikach.
Abraham Ortelius, Typus Orbis Terrarum z atlasu wydanego po raz pierwszy w 1570 roku, pierwsza nowoczesna mapa świata. Tam, gdzie kartografowi skończyły się dane, u dołu owalu biegnie napis TERRA AUSTRALIS NONDUM COGNITA. Dobra oś czasu ma osobną rubrykę na to samo: czego postać jeszcze nie wie. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain (PD-Art)
Odsłuchaj

W dwudziestej minucie bohaterka wspomina o liście, który ktoś jej pokaże dopiero w czterdziestej. Taki błąd nie bierze się z niedbalstwa, tylko z jedenastej wersji scenariusza. Scena z listem wędrowała po kilku miejscach, aż wylądowała później, a zdanie o nim zostało tam, gdzie było od początku.

Przed tym broni aparat, który powstaje obok scenariusza i nigdy nie trafia do producenta. Oś czasu układa zdarzenia w kolejność, razem z datami, porami dnia i wątkami biegnącymi równolegle. Rysunkowy plan przestrzeni, pilnujący odległości i kierunków, ma osobne hasło. Tabela prowadzi każdą postać przez całość i notuje, gdzie akurat jest oraz co zdążyła się dowiedzieć.

Nie każda historia tego potrzebuje. Kameralny dramat w jednym mieszkaniu przez jedną noc mieści się w głowie, a tabela byłaby w nim atrapą pracy. Próg przekracza się przy dwóch rzeczach naraz — przy wielu latach i wielu wątkach. Wtedy pamięć zaczyna po cichu podsuwać ustalenia z poprzedniego szkicu, a autor jest pewien, że pamięta obecny.

Najwięcej pracy zjada przy tym zwykły kalendarz, bo daty pociągają konsekwencje, o których nikt nie pamięta. Dziecko urodzone w drugim akcie musi w finale mieć odpowiedni wzrost, święto wypada w konkretny dzień tygodnia, a zima nie kończy się dlatego, że scenie przydałaby się zieleń. Do tego dochodzą wiek bohaterów i odstępy między retrospekcjami, które przy kolejnych wersjach potrafią się rozminąć o dobrych kilka lat.

Sama oś ma dwa wiersze i w tym siedzi jej cała siła. W pierwszym zdarzenia stoją w kolejności, w jakiej się wydarzyły, w drugim w tej, w jakiej trafiają do widza. Przy retrospekcjach i przeskokach dopiero zestawienie obu rzędów pokazuje, czym widz naprawdę dysponuje w scenie, którą właśnie ogląda. Podobnej roboty wymagała mapa świata Abrahama Orteliusa Typus Orbis Terrarum, w której dziesiątki sprzecznych relacji żeglarzy musiały wreszcie dać się złożyć w jeden owal.

Najcięższy przypadek to opowieść rozciągnięta na pokolenia. W Stu latach samotności Gabriela Garcíi Márqueza te same imiona wracają w rodzie Buendiów raz po raz, więc liczne wydania drukują na wstępie drzewo genealogiczne. Bez podobnego rejestru dwie postacie o tym samym imieniu zaczynają w połowie opowieści wymieniać się biografiami, a autor orientuje się ostatni.

Na planie zajmuje się tym osobny człowiek. Skryptolog notuje, w której ręce aktor trzymał szklankę i jak wysoko sięgał w niej płyn, żeby po zmianie ustawienia kamery nic nagle nie podskoczyło. W serialach tę samą robotę wykonuje biblia, czyli spis postaci, dat i przyjętych ustaleń, do którego zagląda każdy nowy scenarzysta wchodzący do pokoju w trzecim sezonie.

Cały ten aparat ma jedną przykrą właściwość, bo rośnie sam z siebie i zaczyna wymagać obsługi. Trzy równoległe pliki, z których każdy trzeba poprawić po każdej zmianie w tekście, kończą się zwykle tak, że po tygodniu żaden nie jest już aktualny. Jacek Dukaj w Lodzie rozpisał alternatywne dzieje z własną fizyką i chronologią, ale cała ta konstrukcja pracuje na jedno, czyli na to, żeby powieść dało się czytać bez potykania.

Zysk z takiej księgowości widać dopiero przy kolejnych wersjach. Kiedy trzeba przesunąć jedną scenę o dwa dni wcześniej, oś czasu pokazuje w minutę, które trzy inne sceny właśnie straciły sens. Bez niej to samo przesunięcie wychodzi na jaw na planie, kiedy dekoracja stoi, ekipa czeka, a poprawka kosztuje już dzień zdjęciowy.