
Wcięcia w scenariuszu to ustawienia tabulatora, które przeżyły maszynę do pisania. Amerykański układ strony powstał na wałku, w konkretnych calach od lewego marginesu, i został z nami, choć wałka dawno nie ma. Program do pisania niczego tu nie wymyślił, tylko przejął format w spadku i zdjął z autora obowiązek pamiętania o nim.
Automatyzacja polega na rzeczach drobnych i nudnych, za to powtarzanych bez końca. Kiedy domkniesz nagłówek sceny, program sam przechodzi do opisu. Kiedy wpiszesz imię postaci wersalikami, przesuwa kursor pod nie i czeka na kwestię. Numeruje sceny, oznacza dialog przerwany końcem strony, podpowiada imiona użyte wcześniej. W wersjach produkcyjnych zamraża numerację i koloruje strony z poprawkami, żeby ekipa wiedziała, co się zmieniło od poniedziałku.
Standardem branżowym pozostaje Final Draft ze swoim formatem fdx, po którym poznaje się scenariusz idący przez amerykańską produkcję. Jego przewaga leży bardziej w tym, co dzieje się z tekstem po napisaniu, niż w samym pisaniu. Obok niego pracuje WriterDuet, w którym dwie osoby piszą jednocześnie w przeglądarce, i cała rodzina tańszych narzędzi. Sporo ludzi pisze zresztą w zwykłym edytorze tekstu ze stylami ustawionymi raz na zawsze.
Zupełnie inną drogą jest Fountain — zapis scenariusza w gołym pliku tekstowym. Wymyślili go John August, scenarzysta Wielkiej ryby, razem ze Stu Maschwitzem. Umowa jest banalna: imię postaci piszesz wersalikami, nagłówek sceny zaczynasz od ustalonego skrótu, a program składa z tego gotową stronę. Plik zostaje czytelny wszędzie i za dziesięć lat, bo to wciąż tylko litery, a nie własność żadnej firmy.
Proza ma inne potrzeby i inne przybory. Scrivener trzyma długi tekst w kawałkach, które widać obok siebie i można przestawiać bez przewijania trzystu stron. Powieść nie ma sztywnego formatu do pilnowania, więc od programu nie wymaga się automatyzacji. Wymaga się, żeby nie gubił struktury i nie kazał szukać rozdziału, który gdzieś się zapodział.
Zły program szkodzi mniej niż wybieranie programu bez końca. Testowanie kolejnych aplikacji przypomina pracę i daje jej satysfakcję, a po tygodniu nie zostaje po nim ani jedna scena. Garncarz z płótna Arthura Williama Devisa ma narzędzia rozłożone pod ręką i nie zerka na nie ani razu, bo wybrał je dawno temu i patrzy wyłącznie na naczynie rosnące pod palcami. Przybór robi się niewidzialny wtedy, gdy decyzja o nim zapadła i przestała wracać.
Warto też pilnować, czyj właściwie jest plik. Zamknięty format, wygasła licencja albo usługa, która przestaje istnieć, potrafią uwięzić kilkuletnią pracę w czymś, czego nie ma czym otworzyć. Ratunek na to jest nudny i skuteczny. Raz na jakiś czas wystarczy wyeksportować całość do PDF-u i do zwykłego tekstu, a kopię trzymać poza programem, w którym powstała.
Cormac McCarthy napisał Drogę, jak i wszystko wcześniej, na mechanicznej Olivetti Lettera 32 kupionej używanej jeszcze w latach sześćdziesiątych. W 2009 roku sprzedał ją na aukcji za ponad ćwierć miliona dolarów na rzecz instytutu naukowego w Santa Fe, a do dalszej pracy wziął używany egzemplarz dokładnie tego samego modelu. Ta maszyna nie umiała nic poza stawianiem liter i nigdy nie upominała się o uwagę.
Osoba, która dostanie twój scenariusz, otworzy PDF-a. Po tym pliku nie widać, czy powstał w programie za kilkaset dolarów, w darmowym edytorze, czy w kilkunastu kilobajtach czystego tekstu. Widać tylko, czy scena się trzyma i czy dialog da się przeczytać na głos bez wstydu.