
Większość zebranego materiału nigdy nie trafi do tekstu i właśnie po to się go zbiera. Na stronę wychodzi kilkanaście szczegółów, a trzymają się one dlatego, że za każdym stoi wiedza, której nikt nie zobaczy.
Zebrany materiał pracuje tam, gdzie autor musi coś rozstrzygnąć. Czy o tej porze roku jest jeszcze widno o siódmej wieczorem, co człowiek danego fachu robi z rękami, kiedy czeka, jak nazywa narzędzie, którego używa codziennie. Bez odpowiedzi pisze się scenę z wyobrażenia o zawodzie, a wyobrażenie prawie zawsze pochodzi z innych filmów. Wtórność widać od razu, bo błąd jest zawsze ten sam i zawsze ładniejszy od prawdy.
David Simon, reporter z Baltimore, wyprosił u policji zgodę na to, żeby przez rok chodzić za wydziałem zabójstw, i napisał z tego Homicide: A Year on the Killing Streets. Wyniósł stamtąd głównie rytm pracy. Nudę, papiery, telefon o trzeciej nad ranem i tablicę, na której nazwiska ofiar wypisuje się na czerwono, a po zamknięciu sprawy przepisuje na czarno. Ten jeden szczegół mówi o zawodzie więcej niż cała procedura.
Hanna Krall rozmawiała z Markiem Edelmanem, jednym z dowódców powstania w getcie warszawskim, i z tych rozmów powstało Zdążyć przed Panem Bogiem. Książka jest cienka. Nie ma w niej wykładu o historii ani jednego akapitu, który objaśniałby czytelnikowi tło. Zgromadzona wiedza siedzi pod spodem i trzyma to niewiele, co zostało na wierzchu.
Weryfikacja to osobna robota od zbierania. Jedno źródło nie jest sprawdzeniem, choćby brzmiało solidnie i miało przypisy. Encyklopedia jest miejscem, od którego się zaczyna. Wpadki siedzą przede wszystkim na rzeczach codziennych, bo o wielkiej polityce autor pamięta, że trzeba ją sprawdzić, a o tym, czy w danym roku dało się już zadzwonić z ulicy, nie pamięta nikt.
Proporcja między tym, co wiesz, a tym, co pokazujesz, jest zawsze niekorzystna dla wiedzy. Uczony z Geografa Johannesa Vermeera mierzy cyrklem mapę rozłożoną na całym stole, a globus stoi za jego plecami, poza zasięgiem ręki. Cały teren trzeba znać, na scenę wchodzi jego skrawek. Autor, który przeniesie do dialogu wszystko, czego się dowiedział, zamienia postacie w przewodnik po muzeum.
Osobny kłopot polega na tym, że prawda nie ma obowiązku być wiarygodna. Zdarzenie potwierdzone w trzech źródłach potrafi w scenie zabrzmieć jak wymysł, bo widz nie zna dokumentów i ocenia wyłącznie prawdopodobieństwo. Taki fakt trzeba albo obudować, dając mu tyle miejsca, żeby zdążył wytłumaczyć sam siebie, albo odpuścić i zostawić w notatkach. Obrona w rodzaju „przecież tak było naprawdę” nie działa na nikogo poza autorem.
Notatka, której nie umiesz znaleźć, jest notatką nierobioną. Przy każdym zapisanym fakcie warto od razu zostawić źródło i stronę, bo pytanie o to wraca zawsze w najgorszym momencie, kiedy producent albo prawnik chce wiedzieć, skąd się wzięło. Dobrze też oznaczać, co jest sprawdzone, a co dopiero prawdopodobne. Po pół roku obie rzeczy wyglądają w notatniku identycznie.
Jedna rozmowa z kimś, kto naprawdę wykonuje dany zawód, daje więcej niż tydzień czytania. Ludzie opowiadają o swojej pracy przez rzeczy, których nie ma w opracowaniach, i zwykle nie wiedzą, że mówią coś ciekawego. Padają zdania o tym, co ich w tej robocie irytuje, czego się boją i z czego śmieją się między sobą. Z takich zdań buduje się sceny, a z akapitów, które da się streścić, nie buduje się niczego.