
Szatniarz oznajmia klientowi, że jego płaszcza nie ma, i pyta spokojnie, co też ten klient zamierza w tej sprawie zrobić. Zdanie weszło do polszczyzny i siedzi w niej do dziś, choć niejeden mówiący nie pamięta już źródła. Cała komedia peerelowska mieści się w tym urzędowym, beznamiętnym tonie.
Scena pochodzi z Misia Stanisława Barei. Tradycja, do której należy, nie wzięła się z programu artystycznego, tylko z warunków pracy. System produkował absurd szybciej, niż ktokolwiek zdołałby go wymyślić, więc autorzy przestali wymyślać i zaczęli notować. Chwyt polegał na graniu zapisanego absurdu zupełnie serio. Bohaterowie nigdy nie wiedzą, że są w komedii, i właśnie dlatego jest śmiesznie.
Ten sam żart musiał trafić do dwóch odbiorców naraz: cenzor oglądał niewinną farsę o roztrzepanym urzędniku, widz w kinie słyszał zdanie o własnym mieście. Najostrzejszą bronią była więc dwuznaczność, nigdy atak wprost. Kwestia, którą dawało się obronić jako niewinną, przechodziła. Kwestia, która sama się tłumaczyła, wypadała z filmu na kolegium. Ta podwójność wymuszała precyzję, bo jeden dowcip musiał znieść dwa czytania naraz i w obu wypaść wiarygodnie.
Sam pomysł krążył po Europie na długo przed Polską Ludową. Honoré Daumier posadził w Brzuchu legislacyjnym trzy rzędy dostojników na ławach izby i skarykaturował każdą twarz, bez jednego zdania oskarżenia. Jeden drzemie, drugi puszy się w krawacie, i tyle wystarczy, żeby powaga urzędu przewróciła się o własne nogi.
Silnik tej komedii jest zawsze ten sam. Mały człowiek chce załatwić drobną, sensowną sprawę, a naprzeciw stoi instytucja, która nie widzi w sobie nic zabawnego. Im spokojniej urzędnik tłumaczy, dlaczego się nie da, tym mocniej scena pracuje. Śmiech bierze się z powagi tej drugiej strony i z jej całkowitej pewności siebie.
Poszczególne nurty różniły się temperaturą. Jerzy Gruza w Czterdziestolatku został przy kuchni, biurze i placu budowy, a cały kłopot inżyniera Karwowskiego mieścił się w tym, czego nie dawało się załatwić po godzinach. Andrzej Kondratiuk poszedł w Hydrozagadce w stronę czystej groteski i wypuścił na warszawskie ulice domorosłego siłacza w poszukiwaniu wody, która zniknęła z miejskich kranów.
Bareja poszedł najdalej w stronę codzienności. W Alternatywach 4 cały serial mieści się w jednym bloku, gdzie administrator rozdaje mieszkania i rządzi lokatorami z pozycji, której formalnie nie ma. Celem żartu jest tam zepsuta winda albo sąsiad z kluczem do licznika, a ustrój dostaje rykoszetem. Domowa skala okazała się przy okazji bezpieczniejsza, bo trudno komukolwiek zakazać śmiechu z klatki schodowej.
Te filmy przetrwały ustrój, z którego się śmiały, i to jest miara ich roboty. Zostały po nich zdania, których ludzie używają dziś w zupełnie innych sprawach, nie pamiętając już źródła. Żart, który wchodzi do języka, przestaje potrzebować przypisu i działa nawet na kimś, kto nigdy nie stał w kolejce po mięso.
Dzisiejsze powroty do tej komedii kończą się zwykle na estetyce. Syrenka i meblościanka dają nostalgię, ale silnikiem była bezradność wobec okienka — tego nie da się wypożyczyć z rekwizytorni. Druga pokusa to satyra wyłożona wprost, która przestaje bawić dokładnie w chwili, gdy przestaje być przebiegła. Najlepsze żarty tamtej epoki mówiono z kamienną twarzą, bo tylko takie przechodziły przez kolegium i tylko takie wracały potem w rozmowach.