Przejdź do treści

Polska proza chłopska (wieś jako kosmos)

Józef Chełmoński, Bociany (1900) - oracz z synem w polu patrzą w niebo na lecące bociany, w tle wieś
Józef Chełmoński, Bociany (1900, Muzeum Narodowe w Warszawie). Przelot zastał starego chłopa przy jedzeniu, więc siedzi boso w kwitnącej trawie, z garnkiem na kolanach i łyżką w garści. Woły z pługiem stoją nieruchomo po prawej, za strzechami widać bocianie gniazdo. Kalendarz ustawiają tu ptaki, nie ludzie. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain (PD-old-100-expired, PD Mark 1.0)
Odsłuchaj

W prozie chłopskiej czas zatacza koło. Rok się zamyka i otwiera od nowa, a fabułę pcha pora roku, zanim jeszcze bohater zdąży cokolwiek postanowić. Z tej jednej właściwości bierze się wszystko inne. Najmniejsza możliwa przestrzeń, jedna wieś i kilkanaście pól, mieści tematy, z którymi powieść miejska musi się nagimnastykować.

Kalendarz wykonuje w tych książkach robotę, którą gdzie indziej wykonuje intryga. Siew, żniwa, zaduszki, wesele i pogrzeb ustawiają rozdziały, czytelnik uczy się porządku, a dramat zaczyna się w chwili, gdy ktoś ten porządek łamie. Rozdziały Chłopów Władysława Reymonta idą tym właśnie kalendarzem, choć sercem powieści jest sprawa zupełnie twarda. Spór Boryny z synem toczy się o ziemię i o zapis, a reszta wyrasta z tego korzenia.

Postać poznaje się tutaj po tym, co robią jej ręce. Kosa trzymana pewnie albo niepewnie mówi o człowieku więcej niż strona rozmyślań, bo we wsi każdy widzi, jak kto pracuje, i wyciąga z tego wnioski na lata. Józef Chełmoński namalował Bociany jako oracza z synem, którzy przerwali robotę i zadarli głowy za przelotem bocianów. Zaorane pole pod nogami, całe niebo nad głowami, jedna rama.

Wiesław Myśliwski w Kamieniu na kamieniu oddał całą powieść jednemu gospodarzowi i jego składni. Szymon Pietruszka opowiada, budując rodzinny grobowiec, i wraca w tym monologu do wojny, do braci rozrzuconych po świecie, do drogi, która przecięła wieś. Zdania krążą, powtarzają się i schodzą z tematu, bo tak mówi człowiek myślący na głos przy robocie. Gwara nie jest tam przebraniem narratora — jest jego sposobem myślenia.

Napięcie w tej prozie bierze się najczęściej z kogoś, kto wypadł z rytmu. Julian Kawalec w Tańczącym jastrzębiu wziął chłopskiego syna, który awansuje do miasta, zdobywa stanowisko i traci grunt pod nogami w sensie całkiem dosłownym. Nie umie już być stamtąd, a nigdy nie stanie się stąd. Awans bywa w tej tradycji raną, o której się przy stole nie mówi.

Tradycja nie skończyła się przy tym na wsi zapamiętanej z dzieciństwa. Radek Rak w Baśni o wężowym sercu sięgnął po Jakuba Szelę, przywódcę galicyjskiej rabacji z 1846 roku, czyli po postać, którą polska pamięć najchętniej omija. Napisał go od środka, językiem baśni, z magią i z krzywdą, której nikt porządnie nie policzył. Wieś przestaje być wtedy tłem dla dworu i dostaje własne rachunki do przedstawienia.

Największa pokusa polega na napisaniu wsi jako chóru. Powstaje wtedy zbiorowość, która myśli jedno, mówi jedno i nie ma w sobie ani jednego sporu wartego zapisania. Każda dobra powieść z tego nurtu ma kogoś, kto stoi bokiem: parobka bez ziemi, kobietę po przejściach, wracającego z wojny. Bez takiej postaci nikt w tej wsi niczego nie chce, więc nie ma tam czego zagrać.

Osobno warto pilnować pieniędzy, bo one w tej prozie są zawsze na wierzchu. Morga, krowa, posag, dług u sąsiada i podatek robią za całą charakterystykę stosunków między ludźmi. Kto pisze wieś bez tych liczb, dostaje bajkę, a kto policzy je uczciwie, dostaje motywacje, których nie trzeba nikomu tłumaczyć.

Ta proza mierzy człowieka robotą, ziemią i tym, co po nim zostanie na cmentarzu. Miara jest bezwzględna i właśnie dlatego działa na czytelniku, który nigdy nie trzymał kosy. Wieś ma w tych książkach wszystkie potrzebne wielkości pod ręką, śmierć na wyciągnięcie, niebo nad głową i sąsiada za miedzą, którego trzeba znosić do końca życia.