Przejdź do treści

Polski film płaszcza i szpady (kino kostiumowe)

Józef Brandt, Bitwa pod Chocimiem (1867) - rozpędzona kresowa jazda z szablami w kurzu bitwy
Józef Brandt, Bitwa pod Chocimiem (1867, Muzeum Narodowe w Warszawie). Górna połowa płótna to sam dym, w środku kłębi się konnica, a na dolnym skraju leżą w piachu stratowani, tuż pod kopytami galopującego konia. Rachunek za tę przygodę leży zawsze na dole kadru. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain (PD-old-100-expired, PD-Art)
Odsłuchaj

*Na końcu Pana Wołodyjowskiego Jerzego Hoffmana mały rycerz schodzi do prochowni i wysadza twierdzę razem z sobą. Nikogo to nie ratuje.* Kamieniec i tak jest stracony, a jednak widz pamięta ten gest długo po tym, jak zapomni przebieg oblężenia. Kino płaszcza i szpady stoi właśnie na takich gestach, nie na samej szabli.

Wzorzec ułożył Aleksander Dumas w Trzech muszkieterach i od tamtej pory niewiele się w nim ruszyło: kilku ludzi związanych przysięgą, władza stojąca nad nimi, kobieta w potrzasku i przeciwnik z lepszymi papierami. Kostium działa w tym układzie jak zestaw ograniczeń. Wiadomość jedzie tyle dni, ile koń jest w stanie przejechać, pomocy nie da się wezwać, a wyrok zapada, zanim ktokolwiek dowiezie prawdę.

Silnikiem fabuły jest tu kodeks honorowy, ale tylko wtedy, gdy potrafi zmusić bohatera do czegoś wbrew jego interesowi. Szlachcic dotrzymujący słowa akurat wtedy, gdy mu to na rękę, nie ma żadnego kodeksu. Henryk Sienkiewicz rozumiał to lepiej niż większość naśladowców. Kmicic w Potopie wiąże się przysięgą złożoną Radziwiłłowi i płaci za nią przez pół powieści, choć dawno już wie, komu ją złożył.

Pojedynek musi coś rozstrzygać, inaczej zostaje z niego choreografia. Widz wytrzyma trzy minuty szermierki wtedy, gdy wie, co traci ten, kto padnie na deski. Józef Brandt namalował Bitwę pod Chocimiem jako kurz, z którego wypada rozpędzona jazda z szablami, i mniej więcej taką obietnicę gatunek składa w pierwszych minutach. Potem musi ją pokryć czymś więcej niż kurzem.

Nie mniej ważny jest ktoś, kto mówi za dużo. Zagłoba z Trylogii kłamie, chwali się cudzymi zasługami i wyciąga towarzystwo z opresji sprytem wtedy, gdy szabla już nie wystarcza. Bez takiej postaci opowieść o honorze zamienia się w kazanie po dwudziestu minutach. Lekkość jest w tym gatunku warunkiem wiarygodności, bo bohater, który sam siebie traktuje śmiertelnie poważnie, przestaje być groźny.

Przygoda w kostiumie nie potrzebuje przy tym wielkich pieniędzy. Andrzej Konic opowiedział w Czarnych chmurach siedemnastowieczną intrygę na telewizyjnym budżecie, opierając ją na twarzach, tempie odcinka i jednym wyraźnym przeciwniku. Jerzy Passendorfer zrobił to samo w karpackim kostiumie, dając w Janosiku bohatera, którego widz lubi, zanim jeszcze zobaczy, po co ten bohater żyje.

Pułapkę, w której produkcja wkłada wszystko w stroje, a ekran zamienia się w gablotę z ludźmi w środku, opisuje osobne hasło o polskim filmie historycznym. W przygodzie kostium ma jednak dodatkową robotę i wychodzi z gabloty dopiero wtedy, gdy przeszkadza. Pas z szablą zaczepia o framugę, ostroga wpada między deski, a mokry płaszcz waży tyle, że nie da się w nim uciekać. Każdy taki drobiazg jest gotową przeszkodą do rozpisania w pościgu albo w ucieczce przez okno. Kto pisze pojedynek na wąskich schodach, dostaje od stroju połowę choreografii za darmo.

Osobną robotę wykonuje w tym gatunku język. Bohaterowie mają mówić tak, żeby słychać było epokę, i tak, żeby widz nie musiał się domyślać znaczeń. Wystarczy kilka form grzecznościowych, tytuły, sposób zwracania się do wyższych i niższych, reszta może być zwyczajną polszczyzną. Archaizacja pełną parą robi z przygody lekcję historii, na której nikt nie chce siedzieć.

Wołodyjowski jest przy tym postacią drobną i niepozorną, o czym Sienkiewicz przypomina przy każdej okazji. Nikt nie ogląda go dla wzrostu ani dla stroju. Ogląda się go dlatego, że z góry wiadomo, czego ten człowiek nie zrobi, choćby miał na tym stracić wszystko.