Przejdź do treści

Proza małych ojczyzn (pamięć utraconego miejsca)

Aleksander Gierymski, Święto Trąbek (1884) - żydowska wspólnota nad brzegiem Wisły podczas obrzędu taszlich
Aleksander Gierymski, Święto Trąbek (1884, Muzeum Narodowe w Warszawie). Zmierzch nad Wisłą, na piachu tli się ognisko, w oknie drewnianej szopy świeci lampa, przy brzegu stoją barki i spięte tratwy. Ludzie w czarnych chałatach są tu drobni jak wszystko inne, bo malarzowi pozował przede wszystkim brzeg. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain (PD-old-100-expired, PD-Art)
Odsłuchaj

W większości powieści miejsce da się wymienić na inne i fabuła tego nie zauważy. W prozie małych ojczyzn miejsce jest bohaterem, a czytelnik od pierwszej strony wie, że tego bohatera już nie ma.

Chodzi o stratę dosłowną — nie o melancholię przemijania. Wysiedlenia, zagłada i przesunięte po wojnie granice sprawiły, że całe polskie miasta istnieją dziś wyłącznie w cudzej pamięci. Pisarz, który się do nich zabiera, wykonuje robotę bliższą rekonstrukcji niż opisowi. Musi postawić ulicę, po której nikt już nie przejdzie, i zrobić to tak, żeby czytelnik uwierzył w numer domu.

Stefan Chwin w Hanemannie zostawił w Gdańsku roku czterdziestego piątego niemieckiego anatoma, który nie wyjechał razem ze swoim miastem. Wokół niego trwa wymiana ludności. Do mieszkań po Niemcach wprowadzają się przesiedleńcy ze wschodu i zastają cudze meble, cudzą porcelanę, cudze fotografie w szufladach. Powieść nie wygłasza przy tym ani jednego zdania o historii. Wystarczą przedmioty, które przeżyły swoich właścicieli i trafiły w obce ręce.

Paweł Huelle w Weiserze Dawidku oddał to samo miasto pamięci dziecka. Grupa chłopców z powojennego Gdańska traci towarzysza, a dorosły narrator po latach próbuje odtworzyć tamto lato i raz po raz się gubi. Zawodność pamięci jest tu zaletą konstrukcyjną. Miejsce opowiedziane przez kogoś, kto ma pewność co do każdego szczegółu, brzmi jak przewodnik po nieistniejącym mieście. Miejsce opowiedziane przez kogoś, kto się myli i sam o tym wie, brzmi jak wspomnienie.

Czesław Miłosz w Dolinie Issy cofnął się do litewskiej doliny swojego dzieciństwa i wpuścił do niej diabły z miejscowych wierzeń, traktując je równie poważnie co sąsiadów. To druga droga do utraconego świata. Zamiast opisywać miejsce z zewnątrz, przyjmuje się sposób, w jaki ono samo o sobie myślało. Przesądy, plotka i to, czego we wsi nie wolno robić po zmroku, mówią o dolinie więcej niż jej topografia.

Prawie każde z tych miast mówiło kilkoma językami naraz i właśnie ta warstwa wypada z opisu najszybciej. U Aleksandra Gierymskiego, na Święcie Trąbek, warszawscy Żydzi odprawiają nad Wisłą obrzęd taszlich, a razem z nimi została na płótnie codzienność, której wtedy nikt nie uważał za wartą zapisania. Julian Stryjkowski w Austerii posadził w galicyjskiej gospodzie ludzi zagarniętych przez pierwszą noc wielkiej wojny i pozwolił im mówić własnym rytmem. Miasto z jedną narodowością jest w tej prozie miastem zmyślonym.

Nurt ma też stronę odwrotną, pisaną przez tych, którzy przyszli na cudze. Joanna Bator w Piaskowej Górze osadziła trzy pokolenia kobiet na wałbrzyskim osiedlu postawionym w mieście po Niemcach, gdzie nikt nie jest stąd, a wszyscy zachowują się, jakby byli. Szczepan Twardoch w Drachu oddał narrację śląskiej ziemi, która pamięta wszystkich swoich mieszkańców naraz i nie odróżnia od siebie kolejnych wojen. Strata bywa więc dziedziczona przez ludzi, którzy sami niczego nie stracili.

Największą pokusą tej prozy jest lukier. Utracone miasto łatwo napisać jako pocztówkę, na której sąsiedzi żyli w zgodzie, piekarz był uczciwy, a wszystko zepsuli dopiero przybysze. Taka wersja niczego nie broni, tylko podstawia w miejsce pamięci coś wygodniejszego. Ratuje szczegół psujący harmonię: awantura o miedzę, donos, szyld zamalowany w jedną noc. Miejsce zapamiętane razem z jego podłościami zostaje w czytelniku dłużej niż miejsce zapamiętane jako raj, bo tylko takie wygląda na prawdziwe.