Przejdź do treści
Polski kanon

Polski kanon

Polski horror (kino grozy)

2 min czytania · Redakcja 1draft.pl

Henry Fuseli, Koszmar, 1781 - śpiąca kobieta na łożu, na jej piersi przysiadła demoniczna zmora, a z mroku za kurtyną wyłania się łeb konia
Henry Fuseli, Koszmar (1781). Zmora na piersi śpiącej i łeb konia z mroku. Wizualny obraz grozy: nie ilość krwi, lecz atmosfera trwogi i niesamowitości. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain (PD-Art)

Polski horror to osobna tradycja grozy — mniejsza niż zachodnia, ale o własnym obliczu. Jej źródłem nie są importowane wampiry, lecz rodzima demonologia (strzyga, południca, topielec, dybuk), gotycki rodowód literacki i historia, która wraca jak zmora. Polska groza stawia na atmosferę, niesamowitość i alegorię, nie na rzeź. Pułapka jest podwójna: z jednej strony kalka zachodniego horroru — przejmujesz formułę slashera i straszaków w całości, gubiąc rodzimą grozę, która daje polskiemu kinu tożsamość: bezdomne ćwiczenie gatunkowe, które mogłoby dziać się wszędzie; z drugiej folklor jako skansen — wieszasz rodzime demony i stare wierzenia jako malowniczą ozdobę, etnograficzną gablotę bez prawdziwego strachu i dzisiejszej stawki, a groza staje się kostiumem, nie zagrożeniem. Sekret: zakorzeń grozę w rodzimej trwodze (folklor, wina historii, gotyk literacki) i zarazem uczyń ją naprawdę straszną i nośną dziś (potwór jako żywa metafora, atmosfera, która mrozi, przeszłość, która opętuje teraźniejszość) — ani bezdomna zachodnia kalka, ani folklorystyczna gablota.

Wizualną intuicję daje Koszmar Henry'ego Fuselego (1781) — przysiadła na piersi śpiącej zmora i wyłaniający się z mroku łeb konia. Demon, który siada na piersi — i tym jest groza. To jest sedno: nie ilość krwi, lecz atmosfera trwogi i niesamowitości, która ściska gardło.

Kanon. Groza ma w polskiej kulturze literacki rodowód: gotycki romantyzm i proza niesamowita Stefana Grabińskiego, a w tle wiejska demonologia i strachy z pogranicza. Na ekranie tradycja jest kultowa i nierówna — od horroru z domieszką science fiction po grozę folklorystyczną. To nie świecki thriller ani kryminał, lecz kino, w którym lęk i niesamowitość są celem. Polski kanon: „Demon” Marcina Wrony — pana młodego opętuje na własnym weselu dybuk, a pogrzebana przeszłość wraca, by nawiedzić teraźniejszość; obok kultowe „Wilczyca” i „Medium” Marka Piestraka.

Pięć lekcji. Pierwsza: groza z rodzimego folkloru — strzygi, południce, topielce, dybuk zamiast importowanych wampirów (zobacz osobny artykuł o polskich archetypach postaci). Druga: atmosfera ponad krwią — chłód, niesamowitość, sugestia, nie rzeź; to odróżnia grozę od świeckiego napięcia (zobacz osobny artykuł o polskim thrillerze). Trzecia: potwór jako alegoria — groza niesie ciężar historii i winy, przeszłość wraca i opętuje (zobacz osobny artykuł o polskim filmie historycznym). Czwarta: rodowód literacki — gotycki romantyzm i rodzima fantastyka grozy, którą ekran dziedziczy (zobacz osobny artykuł o adaptacjach polskiej klasyki). Piąta: pogranicze gatunków — polska groza miesza się z science fiction, baśnią i kinem autorskim, rzadko bywa „czysta” (zobacz osobny artykuł o polskim sci-fi i fantasy).

Pytanie warsztatowe: wróć do zmory siedzącej na piersi i spójrz na swój pomysł na grozę: czy twój strach wyrasta z rodzimej trwogi i coś dziś znaczy — czy to bezdomna kalka? I czy folklor naprawdę straszy — czy wisi jak ozdoba w gablocie?