Przejdź do treści

Polski western (eastern)

Frederic Remington, Kowboj, 1902, olej - jeździec w kapeluszu z szerokim rondem siedzi na koniu, który przednimi kopytami opiera się o kamienisty stok i pochyla łeb, człowiek ściąga wodze jedną ręką i patrzy w dół, wokół rosną kępy niskich krzewów, a nad odległym horyzontem stoi jasne, chmurne niebo
Frederic Remington, Kowboj (1902). Samotny jeździec na pograniczu — szkielet westernu. Polski eastern przeszczepia ten silnik na grunt Ziem Odzyskanych. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain (PD-Art)
Odsłuchaj

Western stoi na jednym warunku i nie są nim konie ani kapelusze. Potrzebuje miejsca, do którego prawo jeszcze nie dojechało. Reszta gatunku wynika z tej luki. Skoro nie ma sądu, spór rozstrzyga ten, kto ma broń i własny pomysł na porządek. Skoro nie ma posterunku, ktoś musi go zastąpić własną osobą i własnym ryzykiem. Amerykanie mieli taką lukę przez kilkadziesiąt lat i zrobili z niej mitologię narodową.

Polska dostała swoje pogranicze na kilka lat po roku 1945. Na zachodzie i północy stały puste poniemieckie miasteczka, a zjeżdżali do nich ludzie z centralnej Polski i z Kresów. Nikt nikogo tam nie znał, papiery własności nie znaczyły nic, milicja dopiero się organizowała. Po majątku bez właściciela krążyli szabrownicy z ciężarówkami. Dla filmów z tego pogranicza przyjęła się u nas nazwa eastern.

Jerzy Hoffman i Edward Skórzewski zrobili z tego w 1964 roku Prawo i pięść według opowiadania Józefa Hena Toast. Były więzień obozu przyjeżdża z grupą operacyjną do takiego miasteczka, żeby zabezpieczyć mienie, i orientuje się, że towarzysze przyjechali po łup. Zostaje sam przeciwko ludziom, z którymi jeszcze rano jechał tą samą ciężarówką.

Amerykański wzorzec kończy się odjazdem. Bohater przywraca porządek, po czym odchodzi, bo w mieście z sądem i szkołą nie ma już dla niego roboty. Polska wersja nie umie tak zamknąć rachunku, bo porządek, który tu nadchodzi, jest państwem, wobec którego bohater ma własne zaległości. Finał robi się przez to gorzki tam, gdzie wzór przewidywał ulgę.

Drugim naszym pograniczem były Bieszczady. Po wysiedleniach z końca lat czterdziestych zostały tam puste wsie, zarastające pola i cerkwie bez wiernych, a osadnicy wrócili w te góry dopiero po latach. Aleksander Ścibor-Rylski nakręcił w tej scenerii Wilcze echa, gdzie młody oficer straży granicznej trafia na porachunki, o których miejscowi nie chcą mówić głośno.

Krajobraz robi w tym gatunku połowę roboty i dlatego przeszczep w ogóle się udał. Pusta przestrzeń informuje widza, że pomoc nie przyjdzie, zanim padnie pierwsza kwestia dialogu. Ten sam komunikat niesie Kowboj Frederica Remingtona, na którym jeździec wstrzymuje konia na skalistym zboczu, a za nim ciągnie się kraina bez jednego domu. Poniemieckie miasteczko z wybitymi oknami mówi to samo bez słowa.

Ta sama sceneria uniosła zresztą zupełnie inny rejestr. Sylwester Chęciński posadził w Samych swoich dwie rodziny przesiedlone spod Lwowa na sąsiednich gospodarstwach i kazał im ciągnąć dawny spór o miedzę na nowym miejscu. Zamiast rewolweru są widły, zamiast pojedynku sąsiedzka złośliwość, a mechanizm zostaje ten sam, bo państwa i tutaj nie ma pod ręką.

Dla piszącego dziś wynika z tego jedna twarda zasada: nieobecność instytucji musi być zdarzeniem w fabule, a nie notatką w didaskaliach. Bohater potrzebuje konkretnego powodu, dla którego nie może zadzwonić po pomoc, i im nowocześniejszy świat, tym trudniej taki powód wymyślić bez naciągania.

Okno na eastern było u nas wąskie i dlatego tych filmów jest garść. Otworzyło się razem z powojennym bezhołowiem, a zamknęło w chwili, gdy na rynku w miasteczku stanął posterunek. Nowy eastern zaczyna się dziś od znalezienia własnej szczeliny między jednym porządkiem a drugim i od policzenia, ile tygodni bohater ma w niej do dyspozycji.