Przejdź do treści
Polski kanon

Polski kanon

Polski humor: dlaczego nie umiemy pisać komedii (i kiedy nam się udaje)

2 min czytania · Redakcja 1draft.pl

Stanisław Wyspiański, Chochoły 1898-99, Muzeum Narodowe w Warszawie — pastelowy obraz słomianych nakryć róż na Plantach krakowskich tańczących w wietrze, symbol polskiej tragikomedii narodowej
Stanisław Wyspiański, Chochoły (1898–1899), Muzeum Narodowe w Warszawie. Wyspiański powiedział o słomianych nakryciach róż na Plantach: „Patrz, one tańczą. One naprawdę tańczą”. Polska tragikomedia narodowa w jednym obrazie. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain

Naród z najmocniejszą tradycją kabaretu w środkowej Europie nie potrafi konsekwentnie pisać komedii filmowych. To jest paradoks polskiego warsztatu — i dotyka rzeczy głębszych niż brak talentu.

Wizualną intuicję polskiego humoru oddają Chochoły Stanisława Wyspiańskiego (1898–99). Słomiane nakrycia chroniące krzaki róż na krakowskich Plantach. Spacerując nocą po Plantach z przyjacielem Ludwikiem Pugetem, Wyspiański powiedział o nich: „Patrz, one tańczą. One naprawdę tańczą”. Z tej obserwacji namalował obraz, a trzy lata później napisał Wesele (1901), w którego finale chochoł prowadzi gości tańcem niemocy — polski naród tańczy, ale jest uśpiony. To formuła polskiej tragikomedii: śmiech przez łzy, komedia o niemożności.

Polski kabaret jest mocny od stu lat — od Qui Pro Quo (1919–1931) przez Kabaret Starszych Panów po Kabaret Moralnego Niepokoju. Polskie kino komediowe nie ma takiej ciągłości — ma raczej wyspy.

Stanisław Bareja jest mistrzem polskiej komedii: Miś (1980), Alternatywy 4 (1986) — uchwycił PRL-owski absurd systemowy i przez to stał się uniwersalny, czytelny dla obcokrajowca jak Brazil Gilliama. Sylwester Chęciński zbudował komedię kresową (trylogia o Pawlakach i Kargulach, Sami swoi, 1967). Marek Piwowski w Rejsie (1970) zrobił komedię absurdu, a Andrzej Munk w Eroice (1957) — formułę dramatu-komedii.

Lata 90. i 2000. zdominował Juliusz Machulski (Kingsajz, Kiler, Vinci) — komedia gatunkowa z warsztatową precyzją. Tomasz Konecki stworzył komercyjny cykl Listy do M. — polskie Love Actually, frekwencyjny sukces o słabym warsztacie.

Pięć powodów polskiej słabości komediowej. Pierwszy: najlepsi humoryści lądują w kabarecie, nie w filmie. Drugi: brak polskiego sitcomu na poziomie gęstości gagów szkoły amerykańskiej. Trzeci: komedia romantyczna jest warsztatowo lekka — sprzedaje, ale nie dorównuje Norze Ephron. Czwarty: brak międzynarodowego sukcesu. Piąty: trudność z czarną komedią — polska trauma historyczna wymyka się komediowemu trybowi (choć Smarzowski w Weselu próbował).

Co nam się udało. Bareja wymyślił uniwersalny język polskiego absurdu, Rejs — kultowe kino artystyczne niedopowiedzeń, a Wajda w Niewinnych czarodziejach (1960) pokazał komedię obyczajową w trybie nowofalowym.

Cztery reguły polskiej komedii. Pierwsza: żyje z konkretnego polskiego kontekstu — im bardziej polski, tym mocniejszy (Bareja PRL-owski). Druga: humor sytuacyjny działa lepiej niż dialogowy — widz reaguje na absurd zdarzenia, nie na zręczność słowa. Trzecia: widz nie znosi pretensjonalnego humoru — komedia musi być przyziemna. Czwarta: najmocniejsze polskie komedie łączą humor z dramatem (Miś).

Pytanie warsztatowe: czy twoja polska komedia opiera się na polskim kontekście, czy próbuje być uniwersalną zachodnią komedią? Pierwsza ma szansę. Druga rzadko działa.