
Polska literatura sci-fi i fantasy jest jednym z największych eksportów polskiego warsztatu — Lem sprzedał ponad 40 milionów książek w 41 językach, Sapkowski stworzył markę, która jest dziś światowym fenomenem branży gier. Polski film nie nadąża za polską literaturą fantastyczną — i to jest paradoks, z którym warsztat musi się zmierzyć.
Wizualną intuicję polskiej fantastyki oddaje Krucjata dziecięca Witolda Wojtkiewicza (1905). Młodopolski malarz przedstawił dzieci-krucjatę z roku 1212 — siedem tysięcy małych pielgrzymów wyruszających do Ziemi Świętej, „wiedzionych ślepą i niepojętą wiarą”. Pod ciężkim, postrzępionym niebem maszerują przez polski krajobraz. Wojtkiewicz uchwycił coś, co stanie się polską specyfiką w sci-fi i fantasy: fascynację bezsensownym marszem, w którym ludzie wierzą w coś niewidocznego, a rzeczywistość ich miażdży. To formuła Lema, formuła Zajdela, ostatecznie formuła Wiedźmina.
Stanisław Lem jest mistrzem absolutnym: Solaris (1961), Niezwyciężony (1964), Cyberiada (1965), plus filozoficzna Summa technologiae (1964) wyprzedzająca dyskusje o AI o dekady. Jego mechanizm jest spójny: filozoficzny problem przed efektem wizualnym — w Solaris ocean-istota to nie pretekst do scen kosmicznych, lecz pytanie, czy ludzkość potrafi skontaktować się z czymś nieludzkim.
Adaptacje Lema są wymowne. Tarkowski w Solaris (1972) zrobił artystyczny klasyk — ale Lem protestował, że to Zbrodnia i kara w kosmosie. Soderbergh (2002) poszedł w kameralny dramat, a Ari Folman w Kongresie (2013) dał pół-animowaną interpretację. Polskie ekranizacje są słabsze — polski film nie umie ekranizować polskiego sci-fi.
Andrzej Sapkowski zbudował polską szkołę fantasy. Saga o Wiedźminie to ponad 15 mln książek w 37 językach i fantasy słowiańskie jako kontrast do tradycji anglosaskiej. Film Brodzkiego (2001) był katastrofą, ale gry CD Projekt Red zrobiły gigant (Wiedźmin 3 — ponad 50 mln kopii), a Netflix od 2019 produkuje globalny serial.
Jacek Dukaj kontynuuje literacką linię — Lód (2007), alternatywna historia, w której pierwsza wojna światowa nigdy się nie wydarzyła, bo Syberię pokrył lód. To polskie sci-fi po Osobliwości na poziomie Teda Chianga.
Inne nazwiska: Janusz A. Zajdel (Limes inferior, Paradyzja — klasyczne PRL-owskie dystopie), Adam Wiśniewski-Snerg, Marek Huberath, a w fantasy Anna Brzezińska i Robert M. Wegner (Opowieści z meekhańskiego pogranicza).
Pięć cech polskiej szkoły: filozoficzny problem przed efektem wizualnym; subwersja polityczna pod fabułą (Lem i Zajdel kodowali krytykę PRL-u w kosmicznych dystopiach); estetyka słowiańska jako alternatywa dla Tolkiena; językowa inwencja (setki neologizmów Lema); brak romantyzmu — bohater nie ratuje świata, często go nawet nie rozumie.
Pytanie warsztatowe: czy twoja polska fantastyka ma własną filozofię, czy tylko polski kostium na zachodnich schematach? Pierwsze to Lem. Drugie to Brodzki. Polski czytelnik wyczuwa różnicę natychmiast.