
W 1977 roku władze przerwały zdjęcia do najgłośniejszej polskiej ekranizacji fantastyki. Film trafił na ekrany jedenaście lat później. Andrzej Żuławski dokończył Na srebrnym globie własnym głosem z offu. W miejsce scen, których nigdy nie nakręcono, wmontował ujęcia zwyczajnych warszawskich ulic i opowiedział brakującą fabułę na głos. Powieść Jerzego Żuławskiego, na której film się opiera, wyszła w 1903 roku. Relacja między naszą fantastyką a naszym kinem mieści się w tej jednej produkcji.
Literatura miała u nas wtedy dorobek, którego kino nie umiało unieść ani finansowo, ani politycznie. Nasza fantastyka od początku była literaturą pytań. Obcy świat służy w niej do sprawdzenia, ile wytrzyma człowiek i ile w ogóle da się poznać, a nie do popisu. Kiedy taka proza trafia na plan zdjęciowy, okazuje się, że najdroższe jest w niej myślenie, którego nie widać w kadrze.
Stanisław Lem w Głosie Pana opisał zespół uczonych, którzy dostają sygnał z kosmosu i przez setki stron nie potrafią go rozszyfrować. Nie ma tam ani jednej eksplozji, a napięcie trzyma do końca, bo stawką jest granica ludzkiego poznania. W Niezwyciężonym poszedł dalej i kazał załodze krążownika przegrać z chmurą mikroskopijnych maszyn, które przez miliony lat ewoluowały bez żadnego twórcy. Zwycięstwem jest tam decyzja o odwrocie.
Janusz A. Zajdel zamienił fantastykę w narzędzie do mówienia rzeczy zakazanych. W Paradyzji mieszkańcy orbitalnej stacji żyją w przekonaniu, że są na rajskiej planecie, a ponieważ każde słowo jest podsłuchiwane, wykształcili koalang, mowę o podwójnym dnie. Zdanie znaczy w niej co innego, niż mówi. Cenzura widziała opowieść o odległej kolonii, czytelnik wiedział swoje po pierwszym rozdziale.
W żadnej z tych książek nie ma łatwej wygranej. Bohater polskiej fantastyki idzie w stronę czegoś, czego nie widzi, i najczęściej nie dostaje potwierdzenia, że szedł we właściwą stronę. Trudno o celniejszy portret tej postawy niż Krucjata dziecięca Witolda Wojtkiewicza, pochód dzieci pod ciężkim, postrzępionym niebem. Wiara w niewidoczną obietnicę jest w tej tradycji ważniejsza od jej spełnienia.
Jacek Dukaj zbudował z tego w Lodzie całą alternatywną historię. Meteoryt tunguski sprowadza lód, który zatrzymuje nie tylko pogodę, ale i logikę, a Polska tkwi dalej pod rosyjskim zaborem, bo dzieje zamarzły razem z resztą. Powieść ma ponad tysiąc stron i nikt jej nie zekranizował. Za to jego krótką Katedrę zanimował Tomasz Bagiński i przywiózł z nią nominację do Oscara.
Wniosek praktyczny jest niewygodny dla producenta i wygodny dla piszącego. Pomysł, który da się opowiedzieć bez pokazywania, robi na odbiorcy większe wrażenie niż najlepiej urządzony plan zdjęciowy. Piotr Szulkin nakręcił Wojnę światów – następne stulecie w dekoracjach, których nikt nie nazwałby kosztownymi, i wyszła mu rzecz o telewizji ogłaszającej przyjaźń z najeźdźcą. Groźniejszy od samych obcych jest w tym filmie spiker czytający komunikat.
Najlepszy dowód zostawił Lem w Kongresie futurologicznym, gdzie cały świat okazuje się chemiczną iluzją nałożoną na ruinę. Nikt nie musi tam pokazywać kosmosu, bo wystarczy odebrać bohaterowi pewność, że widzi to, co widzi. Pomysł mieści się w jednym zdaniu i unosi całą powieść. Wszystko inne jest dekoracją, którą wolno dokupić albo odpuścić.