Przejdź do treści

Polskie archetypy postaci: od Stańczyka do Wokulskiego

Maksymilian Gierymski, „Powstaniec z 1863 roku” — samotny powstaniec styczniowy w posępnym, zimowym pejzażu; wyprostowany, nieugięty, choć sprawa jest już przegrana.
Maksymilian Gierymski, Powstaniec z 1863 roku. Samotny, straceńczy opór w pustym pejzażu — rdzenny polski archetyp godności w przegranej. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain (PD-Art)
Odsłuchaj

W anglosaskim wzorcu bohater dostaje ocenę za to, co zdobył. Polska galeria ról mierzy go tym, czego nie oddał, więc prawie żadna z tych ról nie potrzebuje wygranej. Rola musi przy tym zostawiać miejsce na wybór. Zestaw cech, z którego z góry wiadomo, jak postać się zachowa, jest już stereotypem — i odbiera scenie to, na czym ona stoi.

Miarę widać najlepiej tam, gdzie sprawa jest już przegrana. Powstaniec z 1863 roku Maksymiliana Gierymskiego pokazuje samotnego jeźdźca w pustym zimowym pejzażu, wyprostowanego w chwili, w której nie ma to najmniejszego znaczenia praktycznego. Powstania ta postawa nie uratowała. Ustawiła za to wzorzec, w którym o człowieku rozstrzyga sposób, w jaki stoi już po przegranej.

Tomasz Judym z Ludzi bezdomnych Stefana Żeromskiego jest tej miary najczystszym przykładem. Syn ubogiej rodziny zostaje lekarzem i mógłby wreszcie żyć spokojnie, a zamiast tego rezygnuje z małżeństwa i własnego domu, żeby leczyć tych, którymi nikt się nie zajmuje. Powieść kończy się obrazem rozdartej sosny, bo Żeromski dobrze wiedział, że taki wybór kaleczy. Archetyp społecznika żyje w polskim dramacie do dziś i wciąż działa przez to, z czego bohater rezygnuje.

Odwrotny biegun zajmuje Stanisław Wokulski z Lalki Bolesława Prusa. Zdobył majątek, zna się na nauce i na handlu, ma w ręku wszystko, czego brakowało poprzednim pokoleniom, a i tak nie zostaje przyjęty przez świat, do którego chciał wejść. Jego klęska nie jest klęską odwagi ani honoru. Jest klęską człowieka, który wykonał każdy krok prawidłowo i dowiedział się, że reguły były zmyślone.

Osobne miejsce ma w tej galerii ten, kto wie pierwszy. Stańczyk był realnym błaznem na dworze Zygmunta Starego, a w rolach został jako człowiek, któremu wolno powiedzieć prawdę, bo nikt nie traktuje go poważnie. Dla piszącego to postać wyjątkowo pojemna, bo widzi katastrofę o akt wcześniej niż reszta obsady i nie ma żadnych narzędzi, żeby ją zatrzymać. Jej siła bierze się z bezsilności, a jej kwestie działają w scenariuszu jak zapowiedzi.

Byłoby to nie do zniesienia, gdyby nie druga galeria, znacznie weselsza. Bohater Kariery Nikodema Dyzmy Tadeusza Dołęgi-Mostowicza jest drobnym urzędnikiem bez pracy, który trafia na przyjęcie nie swojej klasy i mówi bez ogródek, bo po prostu nie umie inaczej. Otoczenie bierze jego prostactwo za odwagę, jego niewiedzę za niezależność i wynosi go na sam szczyt. Cwaniak awansujący na cudzej interpretacji wraca u nas regularnie.

Współczesna wersja skazanego gestu wygląda podobnie, tylko rozgrywa się w bloku i w kolejce. Bohater Małej apokalipsy Tadeusza Konwickiego dostaje od znajomych propozycję, żeby spalił się przed Pałacem Kultury dla sprawy, w którą nikt już specjalnie nie wierzy. Chodzi z tą propozycją po Warszawie cały dzień i zbiera dowody na to, że jego śmierć niczego nie zmieni. Rola działa dalej, choć zdjęto jej z ramion romantyczny płaszcz.

Największe zagrożenie dla tych ról przychodzi z powagi, z jaką się je traktuje. Bohater świadomy własnej wzniosłości robi się śmieszny szybciej, niż zdąży cokolwiek poświęcić. Witold Gombrowicz rozebrał w Ferdydurke całą galerię na części, pokazując dorosłego człowieka wepchniętego z powrotem w szkolną ławkę i przyjmującego narzuconą mu gębę bez oporu. Polski archetyp działa wtedy, gdy postać nosi go, nie wiedząc o tym, a wyłącza się w chwili, w której zaczyna sobie pozować.