
Antagonista nie musi nikogo nienawidzić. Bywa, że nie wie nawet o istnieniu bohatera, któremu wchodzi w drogę. Tę figurę definiuje opozycja. Moralność nie ma z nią nic wspólnego. Antagonistą jest wszystko, co stoi między bohaterem a jego celem, i to jedyny warunek, jaki trzeba spełnić, żeby nim zostać.
Lista możliwych przeciwników jest przez to znacznie dłuższa niż lista łotrów. Bywa nim sztorm, przez który trzeba przeprowadzić statek. Bywa urzędniczka odsyłająca petenta po brakującą pieczątkę. Czasem to rywal idący do celu równie uczciwego jak cel bohatera. Czasem sam bohater, jego lęk albo nałóg, opierający się mocniej niż ktokolwiek z zewnątrz. Wszystkie te siły mają jedną wspólną cechę: nie ustępują.
Ważniejsze od tego, czym antagonista jest, okazuje się to, jak mocno napiera. Opór powinien dorównywać sile bohatera, a najlepiej ją przewyższać. Pokonanie kogoś słabszego niczego o człowieku nie mówi, a zwarcie z kimś potężniejszym prześwietla go do dna. Nacisk liczy się przy tym bardziej niż obecność, bo antagonista potrafi ważyć w każdej scenie, w której go nie ma. Sens ma więc dopiero walka, z której nie wychodzi się takim samym, i dlatego Jakub mocujący się u Delacroix przez całą noc z aniołem raczej zostaje odmieniony, niż wygrywa.
Kiedy oporu jest za mało, fabuła zamienia się w przemarsz. Bohater czegoś chce i to dostaje, chce dalej i znowu dostaje, a kolejne sceny idą mu z ręki. Widz przestaje wtedy kibicować, choć trudno mu wskazać moment, w którym stracił zainteresowanie. Z bohaterem nie stało się nic złego. Po prostu nikt mu już nie stoi na drodze.
Zdarza się oczywiście, że przeciwsiła ma twarz, nazwisko i własny rachunek krzywd. Skąd taki przeciwnik bierze rację i jak mu ją napisać, tłumaczy osobne hasło o złoczyńcy, który ma rację. Tutaj liczy się co innego, czyli sposób, w jaki ta siła napiera. Siostra Ratched z Lotu nad kukułczym gniazdem Kena Keseya nie podnosi głosu ani razu. Rządzi grafikiem dnia, dostępem do leków i głosowaniem, które zawsze można powtórzyć. Nacisk widać po tym, że po każdej takiej scenie pacjentom zostaje mniej ruchów.
Moc przeciwsiły daje się zmierzyć jednym ćwiczeniem przy biurku. Autor spisuje plan przeciwnika osobno, tak jakby bohater nigdy się w tej historii nie pojawił, i patrzy, dokąd ten plan dochodzi sam z siebie. Siła, która bez bohatera staje w miejscu, jest dekoracją i widać to już po kilku scenach. Siła, która idzie dalej mimo jego nieobecności, zabiera mu czas nawet wtedy, gdy on śpi. Opowieść dostaje wtedy własny zegar, choć nikt w niej nie mówi o żadnym terminie.
Najtrudniejszy do napisania bywa antagonista bezosobowy, bo nie da się z nim usiąść do rozmowy. Andrzej Wajda w Człowieku z marmuru dał młodej reżyserce przeciwnika bez twarzy. Zatrzymują ją archiwa, do których nie dostaje dostępu, świadkowie, którzy wolą milczeć, i przełożeni odcinający jej środki. Każdy z osobna robi tylko swoje, a razem tworzą mur, którego nie sposób pokonać w pojedynku.
Dobrze postawiona przeciwsiła zmusza autora do dwóch rzeczy naraz. Trzeba dać jej rację, której nie da się zbyć jednym zdaniem, i moc, której nie da się zdjąć jednym strzałem. Opowieść, w której bohater ma z kim naprawdę przegrać, jest jedyną, w której jego zwycięstwo cokolwiek waży.