
Pisząc bohaterowi trudny wybór, autor zaczyna go po cichu ratować. Podsuwa trzecią drogę, szczęśliwy zbieg okoliczności albo kogoś, kto wchodzi w ostatniej chwili. Tak umiera dylemat, zanim zdąży cokolwiek zrobić. Litość wobec własnej postaci jest najlepiej ukrytą wadą warsztatu.
Dylemat moralny jest wyborem między dwiema wartościami, z których każda coś zabiera. Rozstrzyganie między dobrem a złem nikogo nie charakteryzuje, bo odpowiedź zna każdy widz na sali. Dopiero lojalność przeciw sprawiedliwości, miłość przeciw obowiązkowi albo jedno dziecko przeciw drugiemu zmusza bohatera, żeby pokazał, czego jest gotów się wyrzec.
U Rubensa w Sądzie Parysa pasterz trzyma jedno jabłko, a przed nim stoją trzy boginie. Kłopotem nie jest trudność wskazania najpiękniejszej. Kłopot polega na tym, że dwie pozostałe zapamiętają wynik i zapamiętają go na zawsze. Strata jest wpisana w wybór, zanim pasterz wyciągnie rękę.
Dylemat trzeba skroić na konkretną postać. To samo pytanie postawione dwóm bohaterom raz rozdziera, a raz nie znaczy nic, bo waży dokładnie tyle, ile przedmiot wyboru wart jest dla wybierającego. Autor musi więc najpierw wiedzieć, co ta postać ceni ponad wszystko, a potem zabrać jej połowę tego.
William Styron w Wyborze Zofii postawił matkę przed decyzją, które z dwojga dzieci przeżyje. Nie ma tam trzeciej drogi ani nikogo, kto wchodzi w porę i zdejmuje z bohaterki ciężar. Zostaje sam wybór i pamięć o nim, długo po tym, jak obóz przestał istnieć. Żadna scena nie przynosi bohaterce rozgrzeszenia.
Agnieszka Holland w W ciemności pokazała wybór rozłożony na miesiące. Lwowski kanalarz Leopold Socha ukrywa pod miastem grupę Żydów, najpierw za pieniądze, a kiedy pieniądze się kończą, musi zdecydować, czy nadal ryzykuje własną rodziną. Każdy kolejny dzień jest tam osobną decyzją o tej samej wadze. Rozciągnięcie tego w czasie niczego nie łagodzi, bo wycofać się trzeba by na nowo każdego ranka.
Dylematy pracują nie tylko w wielkim finale. Drobny wybór na początku, w którym bohater poświęca coś małego, ustawia skalę dla decyzji późniejszej i dużej. Widz uczy się wtedy, ile ta postać potrafi oddać, i przy finale wie, czym ona ryzykuje. Bez takiej rozgrzewki wielka decyzja przychodzi na zimno i widz nie ma czym jej zmierzyć.
Fałszywy dylemat to podróbka, którą trudno wykryć od środka. Jedna droga jest wyraźnie słuszniejsza albo druga niczego bohaterowi nie zabiera, więc rozterka zostaje tylko odegrana, a widownia od razu wie, jak to się skończy. Wybór między ratowaniem dziecka a ratowaniem walizki nie jest żadnym wyborem. Postać, która sięga po rzecz oczywistą, ujawnia tylko tyle, że umie liczyć.
Groźniejszy jest dylemat wymigany, bo zaczyna się uczciwie. Bohater staje przed straszną decyzją, napięcie rośnie przez trzy sceny, a potem ktoś w porę interweniuje, otwiera się boczne wyjście i bohater wychodzi z tego bez straty. Widzowi obiecano ciężar, a podłożono mu poduszkę.
Człowiek odsłania się w tym, co oddaje, kiedy nie może zatrzymać obu rzeczy naraz. Dopóki obie drogi coś zabierają, scena pracuje sama i nie potrzebuje żadnych podpórek. Widz wybaczy bohaterowi każdą decyzję poza tą, po której zostało mu wszystko. Poświęcenie jest jedynym dowodem charakteru, jaki przyjmuje bez zastrzeżeń.