
Na przełomie XV i XVI wieku grano w Anglii moralitet, w którym bohater nazywa się Każdy. Śmierć przychodzi po niego bez uprzedzenia. Nie dostał ani imienia, ani stanu, ani zawodu. Całą sztukę spędza na obchodzeniu znajomych z prośbą, żeby ktoś poszedł z nim w ostatnią drogę. Widz na sali miał w tym pustym miejscu zobaczyć siebie, a od tamtej sztuki wzięła nazwę cała figura.
Dzisiejszy everyman jest postacią określoną przez swoją zwyczajność: przeciętne pochodzenie, żadnych zdolności ponad ludzką miarę, żadnego losu wypisanego w proroctwie. Jego rola polega na tym, że widz patrzy przez niego jak przez okno. To jego reakcje ustawiają skalę i mówią nam, co w tym świecie jest normalne, a co przerażające. Kiedy on się boi, wiadomo, że sprawa jest poważna. Kiedy przestaje nadążać, my też mamy prawo zgubić wątek.
Cała trudność tej figury siedzi w jednym napięciu. Bohater ma być na tyle zwyczajny, żebyśmy się w nim przejrzeli, i na tyle konkretny, żeby był kimś. Między przeciętnością a pustką leży przepaść. Trzy wiejskie kobiety, które Wilhelm Leibl namalował w Trzech kobietach w kościele, siedzą w jednej ławce jedna za drugą i żadna nie powtarza pozostałych. Każda ma inny wiek, inną twarz i inaczej ułożone ręce, i dlatego można w nie patrzeć jak w lustro.
Bliskość bierze się więc z drobiazgów. Everyman potrzebuje pracy z nazwy, kłopotów z pieniędzmi, jakiegoś dziwactwa i jednego ostrego pragnienia. Potrzebuje też własnej skazy, dokładnie tak samo jak bohater obdarzony mocą albo przeznaczeniem. Im dokładniej wiadomo, kim ten człowiek jest, tym łatwiej wejść w jego skórę. Zwyczajność jest tu punktem wyjścia, a nie opisem postaci.
Na takiej postaci stoi Autostopem przez Galaktykę Douglasa Adamsa. Arthur Dent budzi się rano i widzi spychacz pod ścianą swojego domu, a kilka godzin później ktoś wysadza mu całą planetę pod galaktyczną obwodnicę. Przez resztę opowieści chodzi po kosmosie w szlafroku i próbuje dostać porządną herbatę. To jego miara przykłada się do wszechświata, a nie odwrotnie.
Polska telewizja miała swojego everymana w inżynierze Stefanie Karwowskim z Czterdziestolatka Jerzego Gruzy. Żona, dwoje dzieci, robota na budowie, remont i wieczna szarpanina o drobiazgi. Serial nie dał mu ani jednej cechy, której nie miałby sąsiad z klatki obok, a całe pokolenie rozpoznało w nim siebie co do szczegółu.
Zwyczajność łatwo pomylić z pustką. Bohater bez pragnień, bez rysów i bez wad przestaje być człowiekiem, a staje się kamerą na nogach, którą widz wlecze przez cały film i której nie ma za co polubić. To nie jest lustro, tylko szyba. Wzrok przechodzi przez taką postać na wylot i zatrzymuje się dopiero na czymś, co stoi za nią.
Groźniejsza jest jednak droga w drugą stronę. Kiedy przeciętny księgowy w trzecim akcie rozbraja bombę i kładzie zawodowego zabójcę, umowa z widzem pęka, bo ten człowiek przestał być jednym z nas. Wolno wrzucić everymana wysoko ponad jego miarę, pod warunkiem że pozwoli mu się wygrać po ludzku — uporem i przytomnością pod presją.
Everymana psuje awans. W chwili, w której zwykły człowiek okazuje się kimś wybranym, opowieść traci to, po co się ją oglądało, a widz zostaje w kadrze bez nikogo do siebie podobnego. Najlepsze zakończenia zostawiają go więc tam, gdzie był na początku, tyle że po wszystkim, co przeszedł, i z wiedzą, której wolałby nie mieć.