Przejdź do treści

Bohater everyman (zwykły człowiek)

Wilhelm Leibl, 1878–1882, olej - wnętrze wiejskiego kościoła, rzeźbione ciemne drewno ławki i tło niemal bez szczegółów; w jednej ławce siedzą jedna za drugą trzy kobiety w wyraźnie różnym wieku, dwie starsze w czarnych chustkach na głowach i ciemnych strojach, najmłodsza w czarnym kapeluszu ze złotą taśmą, w białej chuście w kwiaty i białym fartuchu na kraciastej sukni; najstarsza z tyłu ma tylko splecione dłonie, środkowa pochyla się nad zniszczonym modlitewnikiem, najmłodsza trzyma otwartą książkę na kolanach, a przy jej spódnicy stoi na podłodze gliniany dzban
Wilhelm Leibl, Trzy kobiety w kościele (1878–1882). Kobieta w środku trzyma modlitewnik z kartkami wytartymi od kciuka, ta z tyłu tylko splata dłonie, a przy spódnicy najmłodszej stoi na podłodze gliniany dzban. Żadnego rysu wyjątkowości, a wzroku nie da się od nich oderwać. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain (PD-Art)
Odsłuchaj

Na przełomie XV i XVI wieku grano w Anglii moralitet, w którym bohater nazywa się Każdy. Śmierć przychodzi po niego bez uprzedzenia. Nie dostał ani imienia, ani stanu, ani zawodu. Całą sztukę spędza na obchodzeniu znajomych z prośbą, żeby ktoś poszedł z nim w ostatnią drogę. Widz na sali miał w tym pustym miejscu zobaczyć siebie, a od tamtej sztuki wzięła nazwę cała figura.

Dzisiejszy everyman jest postacią określoną przez swoją zwyczajność: przeciętne pochodzenie, żadnych zdolności ponad ludzką miarę, żadnego losu wypisanego w proroctwie. Jego rola polega na tym, że widz patrzy przez niego jak przez okno. To jego reakcje ustawiają skalę i mówią nam, co w tym świecie jest normalne, a co przerażające. Kiedy on się boi, wiadomo, że sprawa jest poważna. Kiedy przestaje nadążać, my też mamy prawo zgubić wątek.

Cała trudność tej figury siedzi w jednym napięciu. Bohater ma być na tyle zwyczajny, żebyśmy się w nim przejrzeli, i na tyle konkretny, żeby był kimś. Między przeciętnością a pustką leży przepaść. Trzy wiejskie kobiety, które Wilhelm Leibl namalował w Trzech kobietach w kościele, siedzą w jednej ławce jedna za drugą i żadna nie powtarza pozostałych. Każda ma inny wiek, inną twarz i inaczej ułożone ręce, i dlatego można w nie patrzeć jak w lustro.

Bliskość bierze się więc z drobiazgów. Everyman potrzebuje pracy z nazwy, kłopotów z pieniędzmi, jakiegoś dziwactwa i jednego ostrego pragnienia. Potrzebuje też własnej skazy, dokładnie tak samo jak bohater obdarzony mocą albo przeznaczeniem. Im dokładniej wiadomo, kim ten człowiek jest, tym łatwiej wejść w jego skórę. Zwyczajność jest tu punktem wyjścia, a nie opisem postaci.

Na takiej postaci stoi Autostopem przez Galaktykę Douglasa Adamsa. Arthur Dent budzi się rano i widzi spychacz pod ścianą swojego domu, a kilka godzin później ktoś wysadza mu całą planetę pod galaktyczną obwodnicę. Przez resztę opowieści chodzi po kosmosie w szlafroku i próbuje dostać porządną herbatę. To jego miara przykłada się do wszechświata, a nie odwrotnie.

Polska telewizja miała swojego everymana w inżynierze Stefanie Karwowskim z Czterdziestolatka Jerzego Gruzy. Żona, dwoje dzieci, robota na budowie, remont i wieczna szarpanina o drobiazgi. Serial nie dał mu ani jednej cechy, której nie miałby sąsiad z klatki obok, a całe pokolenie rozpoznało w nim siebie co do szczegółu.

Zwyczajność łatwo pomylić z pustką. Bohater bez pragnień, bez rysów i bez wad przestaje być człowiekiem, a staje się kamerą na nogach, którą widz wlecze przez cały film i której nie ma za co polubić. To nie jest lustro, tylko szyba. Wzrok przechodzi przez taką postać na wylot i zatrzymuje się dopiero na czymś, co stoi za nią.

Groźniejsza jest jednak droga w drugą stronę. Kiedy przeciętny księgowy w trzecim akcie rozbraja bombę i kładzie zawodowego zabójcę, umowa z widzem pęka, bo ten człowiek przestał być jednym z nas. Wolno wrzucić everymana wysoko ponad jego miarę, pod warunkiem że pozwoli mu się wygrać po ludzku — uporem i przytomnością pod presją.

Everymana psuje awans. W chwili, w której zwykły człowiek okazuje się kimś wybranym, opowieść traci to, po co się ją oglądało, a widz zostaje w kadrze bez nikogo do siebie podobnego. Najlepsze zakończenia zostawiają go więc tam, gdzie był na początku, tyle że po wszystkim, co przeszedł, i z wiedzą, której wolałby nie mieć.