Przejdź do treści

Postać okrągła i płaska

Jusepe de Ribera, Demokryt, 1630, olej na płótnie - półpostać starego filozofa w łachmanach, trzymającego cyrkiel i kartki z figurami geometrycznymi, wyłaniająca się ze światłocienia na ciemnym tle; mocno modelowana bryła twarzy i dłoni, uśmiech mędrca - wrażenie głębi i wnętrza, jakiego nie ma płaski kontur
Jusepe de Ribera, Demokryt (1630), Prado. Filozof w łachmanach trzyma cyrkiel, drugą dłoń kładzie na kartce z figurami i uśmiecha się tak, że nie sposób orzec, czy to drwina, czy zadowolenie. Ribera lepi go światłem, nie konturem, i z tej bryły bierze się przeczucie, że siedzi w nim jeszcze coś, czego nie widać. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain (PD-Art)
Odsłuchaj

Po skończonej książce część postaci da się streścić jednym zdaniem i nic się przy tym nie gubi. Inne opierają się streszczeniu, choć spędziliśmy z nimi tyle samo stron. Pierwsze są płaskie, drugie okrągłe. Podział ten wprowadził w Aspektach powieści Edward Morgan Forster i dołożył do niego test prostszy, niż wypadałoby oczekiwać po teorii literatury.

Postać okrągła potrafi czytelnika zaskoczyć w sposób przekonujący. Zaskoczyć umie każda, wystarczy kazać jej zrobić coś dziwnego, więc cały ciężar leży w drugiej połowie tego warunku. Po zaskoczeniu czytelnik ma uznać, że tak właśnie musiało być, bo w postaci siedziało coś, czego dotąd nie zauważył. Płaska tego nie udźwignie — mieści się w jednej cesze i nie ma żadnego zaplecza.

Płaskość nie jest usterką i Forster wcale jej nie potępiał. Charles Dickens w Davidzie Copperfieldzie zaludnił powieść figurami zbudowanymi wokół jednej rzeczy, a Micawber, który przez całą książkę czeka, aż coś się nadarzy, jest rozpoznawalny po dwóch linijkach. Takie postacie wykonują robotę, do której okrągłe się nie nadają, bo trzymają swoją funkcję i nie kradną uwagi.

Forster zauważył przy tym rzecz praktyczną, o której łatwo zapomnieć. Postać płaska zostaje w pamięci lepiej niż okrągła, bo nie zmienia się zależnie od okoliczności i czytelnik rozpoznaje ją natychmiast po jednym geście. W komedii jest to zaleta bezcenna, bo żart potrzebuje przewidywalności, żeby móc ją złamać.

Głębia bywa mylona ze zmianą, choć to dwie osobne osie. Postać może przejść przez całą opowieść bez jednej korekty poglądów i pozostać okrągła. Zagłoba z Ogniem i mieczem Henryka Sienkiewicza jest na ostatnich stronach Trylogii tym samym człowiekiem, co na pierwszych. A mimo to nie da się go zamknąć w jednej cesze, bo tchórzostwo miesza się w nim z prawdziwą odwagą, a blaga ze sprytem, który kilka razy ratuje wszystkich.

Druga pomyłka to utożsamianie okrągłości z sympatią. Głębia nie ma nic wspólnego z moralnością, więc łotr bywa pełen sprzeczności, a postać nieskazitelna potrafi być płaska jak deska. Malarstwo rozstrzygało to samo światłem, bo Demokryt Jusepe de Ribery wychodzi z ciemnego tła nie konturem, lecz bryłą, i dopiero ta bryła każe się domyślać, co filozof myśli o świecie.

Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy płaski okazuje się ten, kto ma udźwignąć całość. Bohater pierwszego planu bez sprzeczności zostawia czytelnika bez powodu, żeby przy nim zostać, bo wszystko o nim wiadomo po dwudziestu stronach. Reszta obsady może spokojnie zostać typami i najczęściej powinna, bo trzecioplanowy kelner z raną z dzieciństwa odciąga uwagę od tych, którzy jej potrzebują.

Eliza Orzeszkowa w Nad Niemnem rozegrała ten podział świadomie. Benedykt Korczyński jest rozdarty między dawnymi ideałami a rachunkiem gospodarza i przez całą powieść nie umie się z tym uporać. Wokół niego stoi galeria wyrazistych figur o jednej właściwości i to dzięki nim jego niekonsekwencja rzuca się w oczy.

Oszczędność jest tu ważniejsza niż ambicja. Okrągłych postaci mieści się w jednej opowieści kilka, bo każda potrzebuje miejsca na sprzeczność i na scenę, w której ta sprzeczność wychodzi na wierzch. Autor, który próbuje pogłębić wszystkich, w praktyce nie pogłębia nikogo, a czytelnik odkłada książkę, w której każdy miał drugie dno i żadne z nich nie zapadło mu w pamięć.