
Widz nie potrafi kibicować ośmiu osobom naraz i nikt tego od niego nie wymaga. Opowieść zespołowa działa dlatego, że kibicuje się temu, co się między tą ósemką dzieje. Bohaterem jest układ relacji. Żadna z osób z osobna nie ma tu praw do tytułu, a grupa formuje się, pęka i skleja z powrotem, i na tym opiera się cały ruch opowieści.
Takich historii jest sporo i wszystkie mają podobny kształt: załoga skoku, pluton, rodzina, redakcja gazety, drużyna przed turniejem. Ciężar niesie kilka osób naraz, żadna z nich nie ma prawa do całego finału, a temat siedzi w tym, czy oni się w ogóle dogadają. Spina ich zawsze coś twardego, czyli wspólny cel, wspólne miejsce albo wspólne zagrożenie.
Pierwszy problem jest techniczny i dotyczy rozróżniania. Akira Kurosawa w Siedmiu samurajach poświęca sporą część filmu na samo zbieranie drużyny i każdemu wojownikowi daje osobną scenę wejścia. Kambei zjawia się z ogoloną głową, w przebraniu mnicha, żeby odbić porwane dziecko, i po tej jednej sekwencji wiadomo o nim wszystko. Nikt z tej siódemki nie zostaje przedstawiony opisem, tylko tym, co robi pod presją. Widz zapamiętuje siedmiu ludzi, bo dostał siedem różnych sposobów wejścia w kadr.
Malarze mierzyli się z tym samym zadaniem wieki wcześniej. Kilkanaście twarzy namalowanych jednakowo daje bezładny tłum, a wyróżnienie jednej robi z reszty tło, więc Frans Hals na Bankiecie oficerów gwardii świętego Jerzego rozegrał każdą postać osobno. Inna poza, inny gest, inny kierunek spojrzenia. Kompania przy stole pozostaje jedną kompanią, a mimo to nikt w niej nie znika.
Łuk w takiej opowieści należy do grupy i trzeba to rozumieć dosłownie. Andrzej Wajda posyła w Kanale powstańczą kompanię pod ziemię jako oddział, a wyprowadza stamtąd pojedynczych, porozdzielanych ludzi. Osobiste przemiany są tam drugorzędne. Właściwym bohaterem jest oddział, a właściwym tematem jego rozpadanie się w ciemności.
Władysław Reymont poszedł w Chłopach w stronę przeciwną i zrobił bohatera z całej wsi. Boryna i Jagna wysuwają się na plan pierwszy, ale rytm powieści wyznaczają pory roku i gromada, która sądzi, karze i wyklucza. Wieś ma tam więcej woli niż którakolwiek z osób i to ona decyduje o losach pojedynczych ludzi.
Zawodzi to zwykle w jeden sposób. Ośmioro ludzi mówi tym samym głosem i chce tego samego, więc zlewa się w beżową masę, w której nie ma się do kogo przywiązać. Grupa bez tarcia w środku jest martwa, bo dopiero z różnicy charakterów bierze się to, o co ci ludzie mogą się pokłócić w połowie akcji. Różnice muszą przy tym siedzieć w tym, czego kto chce, a nie w kolorze kurtek.
Bywa też etykieta bez pokrycia. Coś nazywa się zespołem, a po cichu jedna postać zabiera trzy czwarte czasu ekranowego i cały łuk, reszta zaś krąży wokół niej jak satelity. To zwyczajna opowieść o jednym bohaterze, tylko z liczniejszym tłem — i nic złego by w tym nie było, gdyby autor o tym wiedział.
Praktyczna konsekwencja jest jedna. W opowieści zespołowej najwięcej pracują sceny, w których nikt niczego nie osiąga, czyli postój, kolacja, kłótnia o drobiazg. Tam widać, kto komu ustępuje, kto z kim trzyma i kto milczy w chwili, gdy powinien się odezwać. Kto wycina takie sceny jako puste, zostaje z ośmioma nazwiskami i jedną akcją, którą równie dobrze mógłby przeprowadzić jeden człowiek.