Przejdź do treści

Postać kontrastowa (foil): bohater w lustrze

Honoré Daumier, Don Kichot i Sancho Pansa, ok. 1868, olej - szkicowo, szerokimi pociągnięciami pędzla namalowana para z powieści Cervantesa: wysoki, wychudzony Don Kichot na kościstej szkapie po jednej stronie i niski, pulchny Sancho Pansa na przysadzistym ośle po drugiej; sam kontrast sylwetek, postaw i wierzchowców buduje sens sceny
Dwie sylwetki na ochrowym zboczu, prawie same zarysy: krępa ciemna bryła na mule i wychudzona, wyblakła szkapa obok. Honoré Daumier, Don Kichot i Sancho Pansa (ok. 1868) - każdego z nich rozpoznajemy po tym, czym nie jest ten drugi. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain (PD-Art)
Odsłuchaj

Angielskie słowo foil przyszło do teatru z warsztatu jubilera. Pod kamień szlachetny podkładano niegdyś cienką folię, która odbijała światło i podnosiła blask. Postać kontrastowa pracuje na tej samej zasadzie. Sama nie musi olśniewać, a bohater postawiony obok niej zaczyna świecić mocniej.

Charakter najłatwiej rozpoznać przez przeciwieństwo. Miguel de Cervantes w Don Kichocie dostawił do szaleńczego idealisty giermka, który liczy pieniądze i pilnuje jedzenia. U Honoré Daumiera, na obrazie obok, zostają z tej pary dwie sylwetki naszkicowane szerokim pędzlem, chudy rycerz na kościstej szkapie i krępy Sancho na przysadzistym ośle. Kontrastuje w nich wszystko, aż po wierzchowce. Osobno żadnej z tych figur nie da się odczytać do końca.

Postać kontrastowa nie musi być wrogiem. Równie dobrze sprawdza się najlepszy przyjaciel, giermek albo młodsza siostra, bo liczy się różnica cechy, a nie sprzeczność celu. Antagonista zastawia bohaterowi drogę do tego, czego bohater chce. Foil pokazuje, kim bohater jest, przez to, że sam jest inny. Jedna osoba potrafi udźwignąć obie funkcje naraz, ale kiedy autorowi było potrzebne lustro, łatwo przez nieuwagę zrobić z niej przeciwnika.

Najmocniejsza wersja tego chwytu idzie o krok dalej i staje się właśnie lustrem. Chodzi o kogoś postawionego w tej samej sytuacji co bohater, kto wybiera odwrotnie. Peter Shaffer w Amadeuszu ustawił naprzeciw siebie pracowitego Salieriego i lekkomyślnego Mozarta. Obaj chcą muzyki, która przetrwa, więc każda różnica między nimi robi się czytelna sama z siebie. Lekkość jednego staje się miarą mozołu drugiego.

Kontrast położony na osi, która nic nie waży, nie oświetla niczego. Jeden bohater wysoki, drugi niski, jeden gadatliwy, drugi milczący, i na tym koniec. Różnica ma dotykać wartości, postawy albo sposobu, w jaki człowiek radzi sobie z kłopotem. Sancho martwi się o skórę i o obiad, a jego pan wyłącznie o to, że świat może okazać się zwyczajny. Taka różnica stawia obok siebie dwie odpowiedzi na to samo pytanie, a wniosek o obu postaciach widz wyciąga sam.

Jest jeszcze kłopot cichszy. Postać kontrastowa dostaje komplet cech odwrotnych do bohatera i nic ponadto — żadnego własnego pragnienia ani własnej sprawy do załatwienia. Taka figura obsługuje protagonistę i gaśnie, kiedy on wychodzi z kadru. Scena, w której jeden człowiek istnieje wyłącznie po to, żeby drugi błysnął, zdradza się sama i pachnie ćwiczeniem z warsztatów. Wystarczy, że taka postać ma w tej samej sprawie własny interes, choćby drobny i przegrany, żeby przestała być rekwizytem.

Sylwester Chęciński w Samych swoich postawił na tej zasadzie całą trylogię. Kargul i Pawlak spierają się o miedzę przez trzy filmy, a ich upór jest lustrzany co do joty. Ten spór ma zresztą cechę dobrego lustra, bo obaj sąsiedzi mają rację i obaj są nie do zniesienia. Każdy z nich jest dla drugiego dowodem na własną rację i jedynym człowiekiem, który naprawdę go rozumie. Wyjęcie jednego zostawia drugiego bez powietrza i bez powodu, żeby rano wstać.

Bohater bez takiego partnera nie znika z opowieści, ale jego cecha zostaje bez tła i widz musi wziąć ją na słowo. Scenariusz zapewnia wtedy, że ktoś jest odważny, zamiast postawić obok kogoś, kto w tej samej chwili ucieka. Jedna postać więcej załatwia to, czego nie załatwi żaden akapit wyjaśnień.