Przejdź do treści

Postać-cień (mroczne lustro bohatera)

Dante Gabriel Rossetti, Jak spotkali samych siebie, ok. 1864 — w ciemnym lesie stają naprzeciw siebie dwie pary w średniowiecznych strojach, ubrane tak samo: kobiety w zielonych sukniach ze złocistymi rękawami i czerwoną podszewką, mężczyźni w ciemnych nakryciach głowy z czerwonym piórem. Parę po lewej obrysowuje złota poświata, a kobieta z pary po prawej odchyla się bezwładnie do tyłu, z zamkniętymi oczami i odrzuconą w tył głową
Dante Gabriel Rossetti, Jak spotkali samych siebie (ok. 1864). Przez środek płótna biegnie miecz opuszczony ostrzem ku ziemi, a tuż nad nim zbiegają się dłonie obu par. Żelazo nie tnie kogoś ulepionego z tej samej materii co ten, kto je trzyma. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain (PD-Art)
Odsłuchaj

Cień to przeciwnik, który wyszedł z tej samej rany co bohater. Chce tego samego, boi się tego samego i tylko w jednym dawnym rozstrzygnięciu skręcił w drugą stronę. Starcie z nim nie jest więc starciem z obcym. Bohater ogląda w takiej scenie życie, które kiedyś stało przed nim otworem, a wygrana niczego mu z tego widoku nie odbiera.

Pojęcie przyszło od Carla Gustava Junga, który Cieniem nazwał tę część psychiki, jakiej człowiek nie chce w sobie widzieć i spycha poza świadomość. W opowieści ten mechanizm dostaje ciało, nazwisko i własne plany. Groza takiego przeciwnika bierze się z pokrewieństwa, bo bohater rozpoznaje w nim samego siebie i nie ma jak tego odwołać.

Joseph Conrad rozegrał to najciszej w Tajemnym wspólniku. Młody kapitan, pierwszy raz na własnym mostku, wyławia nocą z wody rozbitka, który zabił człowieka na innym statku. Chowa go we własnej kajucie, ubiera w swoją piżamę i przez całe opowiadanie mówi o nim jak o swoim drugim ja. Zbrodni nie popełnił — wie jednak dokładnie, z jakiego miejsca w sobie tamten wyszedł.

Samo spotkanie z własnym odbiciem jest starsze od psychologii. Dante Gabriel Rossetti na płótnie Jak spotkali samych siebie wprowadził parę wędrowców w ciemny las i postawił naprzeciw nich ich własne, świetliste sobowtóry, a jedna z postaci osuwa się przy tym na ziemię. Nikt tam nie natknął się na obcego potwora i właśnie to jest w tej scenie nie do zniesienia.

Cień przybiera w opowieściach różne kształty: bywa dosłownym rozdwojeniem jednego ciała, jak u Roberta Louisa Stevensona w Doktorze Jekyllu i panu Hydzie, gdzie porządny uczony sam warzy sobie drogę do własnej bestii. Bywa też sobowtórem, który zajmuje cudze miejsce. Urzędnik Goladkin u Fiodora Dostojewskiego w Sobowtórze spotyka człowieka o swoim nazwisku i swojej twarzy, tyle że śmielszego i milszego dla przełożonych, i w kilka tygodni traci na jego rzecz posadę oraz resztki rozumu.

Cień działa tylko wtedy, gdy jego droga jest naprawdę pociągająca. Musi mieć własną logikę i własne argumenty, i musi w którymś momencie wydać się bohaterowi rozsądna. Dopóki widz czuje choć trochę tej pokusy, przeciwnik pozostaje groźny. Kiedy pokusy nie ma, na scenie stoi kostium z mroczną przeszłością wpisaną w notatki. Widownia ogląda wtedy pojedynek dwóch kostiumów i czeka, aż się skończy.

Najwięcej cieni ginie na etapie pisania przemowy. Autor stawia bliźniaka naprzeciw bohatera i każe mu oznajmić, że obaj są tacy sami. Zdanie wypowiedziane na głos likwiduje całą wcześniejszą pracę, bo widz miał to poczuć sam. Pokrewieństwo mieszka w ranie i w wyborze, a nie w kwestii dialogowej.

Od zwykłego złoczyńcy odróżnia cień jeszcze jedna rzecz. Skoro jest wypartą częścią bohatera, samo zabicie go niczego nie domyka. Łuk zamyka się dopiero w chwili, w której bohater uzna tę ciemność za własną i nauczy się z nią żyć. Dlatego finały z cieniem częściej wyglądają na trudne pogodzenie niż na triumf. Bohater wychodzi z takiego zakończenia cięższy, niż w nie wchodził.

Antagonista, który nie odbija w bohaterze niczego, zostawia po sobie wygraną bitwę i nic ponad to. Cień zostawia bohatera z wiedzą o sobie, której ten wolałby nie mieć, i to ona ciągnie się dalej, długo po ostatniej scenie.