
Bohater, któremu niczego nie brakuje, nie ma jak przegrać. Postać, która nie może przegrać, przestaje kogokolwiek obchodzić po dwudziestu minutach. Doskonałość jest w opowieści stanem martwym, bo nie zostawia miejsca na ruch. Czekamy na pęknięcie, przez które konstrukcja kiedyś się zawali.
Nazwę dla tego pęknięcia dała Poetyka Arystotelesa i brzmi ona hamartia. Angielszczyzna używa na to dwóch określeń — fatal flaw i tragic flaw — na ogół wymiennie. Tam, gdzie się je rozdziela, pierwsze wiąże się ze zgubą fizyczną, drugie z klęską moralną, a to drugie daje scenarzyście znacznie więcej pracy. Ważniejsze od nazwy jest to, że skazy nie dobiera się do samej postaci, tylko do postaci razem z historią, w której ma ją ponieść. Ta sama cecha bywa w jednej fabule martwa, a w drugiej zabójcza. Skąpstwo nie zaszkodzi nikomu w opowieści o wyprawie na biegun, a w opowieści o okupie zabija na trzeciej stronie.
W polszczyźnie przyjęła się na to pięta Achillesa i jest to obraz mylący. Rubens na Śmierci Achillesa namalował rzecz dosłownie, ze strzałą Parysa wchodzącą w piętę największego z greckich wojowników. Słaby punkt w ciele to jednak wersja płytka. Grecki oryginał Iliady zaczyna się od słowa gniew i to gniew, nie kostka, prowadzi herosa przez całą wojnę do zguby.
Prawdziwa skaza jest dwustronna i na tym polega jej trudność. Cecha, która niszczy bohatera, musi być zarazem źródłem jego wielkości. Achilles jest pyszny, ponieważ naprawdę jest najlepszy, i ta sama pycha wypycha go poza wspólnotę, której potrzebuje. Wada, z której bohater nic nie ma, jest zwykłym pechem albo drobnym dziwactwem.
Charles Foster Kane z Obywatela Kane'a chce być kochany, ale wyłącznie na własnych warunkach. Ta sama potrzeba buduje mu imperium prasowe i zostawia go samego w pustym pałacu. Nina z Czarnego łabędzia dąży do doskonałości z furią, która daje jej rolę życia i rozrywa ją od środka. Za każdym razem do przepaści prowadzi bohatera jego własna, najmocniejsza właściwość.
Zenon Ziembiewicz z Granicy Zofii Nałkowskiej robi karierę na tym, że każde kolejne ustępstwo umie sobie wytłumaczyć. Ta sama zdolność pozwala mu uważać się za porządnego człowieka wtedy, gdy porzuca Justynę, i wtedy, gdy podpisuje rozkaz strzelania do robotników. Awans i wina rosną u Nałkowskiej z jednego korzenia. Justyna oślepia go potem kwasem w prezydenckim gabinecie, a ostatni wyrok Zenon wykonuje na sobie sam.
Nie każda wada nadaje się do tej roli. Nieśmiałość dopisana w połowie tekstu, żeby bohater wypadł sympatyczniej, nie robi w fabule niczego. Skaza pracuje wtedy, gdy da się z niej wyprowadzić decyzję, a z decyzji katastrofę. Widz ma poczuć, że bez tej cechy nie byłoby ani zwycięstw bohatera, ani jego klęski.
Dobrze napisana skaza działa jak zegar nastawiony w pierwszym akcie. Pokazana wcześnie, staje się obietnicą, że konstrukcja pęknie właśnie w tym miejscu. W środku narasta, a w finale okazuje się prawdziwą przyczyną kryzysu. To, czy bohater ją w końcu rozpozna, rozstrzyga, czy jego droga kończy się przemianą, czy tragedią.
Postacie bez skazy przechodzą przez opowieść nietknięte. Wygrywają, bo są dobre, przegrywają, bo ktoś je oszukał, i w obu wypadkach wychodzą z finału takie same, jakie weszły. Nie ma czego rozpoznać ani czego pokonać. Widz wybacza bohaterowi jego wadę o wiele szybciej, niż wybacza mu jej brak, bo do prawdziwych ludzi przywiązujemy się w miejscach, w których są pęknięci, i z wymyślonymi rzecz ma się dokładnie tak samo.