Przejdź do treści

Złoczyńca ma rację: antagonista, który jest bohaterem własnej historii

Alexandre Cabanel, Upadły anioł 1847, Musée Fabre - nagi skrzydlaty młodzieniec o doskonałym ciele leży wsparty na skale, na wpół kryjąc twarz za splecionymi ramionami i spoglądając spod łokcia jednym przekrwionym okiem z łzą gniewu, podczas gdy w błękicie nieba radują się aniołowie; obraz urażonego, zbuntowanego Lucyfera
Alexandre Cabanel, Upadły anioł (1847), Musée Fabre, Montpellier. Akt wygładzony akademicko co do mięśnia, a całe napięcie zeszło w dłonie zaciśnięte razem tuż przy głowie. Ciemne, granatowo-zielone skrzydło spływa stamtąd aż w lewy dolny róg płótna. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain (PD-Art)
Odsłuchaj

Najgroźniejszy przeciwnik to ten, przy którym widz łapie się na tym, że kiwa głową. Wahanie na widowni jest już połową roboty złoczyńcy. Starcie przestaje być wtedy bijatyką, a staje się sporem, w którym obie strony coś tracą. Bohater musi nie tylko wygrać, ale też mieć rację, a to znacznie trudniejsze zadanie.

John Milton dał tej figurze wzorzec w Raju utraconym. Jego Szatan przemawia jak przywódca zbuntowanej armii, ma poczucie krzywdy i argument, którego nie da się zbyć wzruszeniem ramion. Czytelnicy spierają się od trzech stuleci, czy poeta nie trzymał przypadkiem jego strony. Autor nie musiał przyznawać mu racji, wystarczyło, że pozwolił mu ją wyłożyć w całości.

Fiodor Dostojewski poszedł w Braciach Karamazow jeszcze dalej i oddał głos Wielkiemu Inkwizytorowi. Ten tłumaczy spokojnie, że odebrał ludziom wolność, bo była dla nich za ciężka, i przez kilkanaście stron trudno mu cokolwiek zarzucić. Odpowiedzią jest milczenie i pocałunek — żaden kontrargument nie pada. Przeciwnik przegrywa scenę, a jego wywód zostaje nietknięty.

Wyposażenie przeciwnika w argument nie zobowiązuje autora do zgody z nim. Najlepsi źli mylą się w sposób zrozumiały, bo ich potworność wyrasta z czegoś, co zaczęło się od realnej krzywdy. Potrzebują rany, która tłumaczy, skąd się wzięli, i logiki, która trzyma się od środka, choć prowadzi prosto w przepaść.

Przeciwnikiem w Czarnej Panterze Ryana Cooglera jest kuzyn bohatera, wychowany poza Wakandą. Killmonger mówi o pokoleniach porzuconych przez bogaty kraj, który mógł pomóc i tego nie zrobił, a ta krzywda jest prawdziwa. Metoda jest potworna, diagnoza trafna, i dlatego finał nie przynosi ulgi. Widz wychodzi z poczuciem, że przeciwnik przegrał, ale sprawa została na stole.

Na Upadłym aniele Cabanela strącony Lucyfer leży na skale i patrzy zza ramienia jednym łzawym okiem, podczas gdy w górze cieszą się aniołowie. Wielki przeciwnik nie prosi o wybaczenie. To nie skrucha, tylko uraza kogoś, kto uważa, że stała mu się niesprawiedliwość. Postać w takim stanie nie zamierza przestać, więc widz ma powód, żeby się jej bać.

Figura jest starsza od kina i dobrze zadomowiona w polskiej prozie. Henryk Sienkiewicz dał w Ogniem i mieczem Bohuna, nominalnego wroga, którym rządzi miłość i krzywda całego jego ludu. Bohun wychodzi z tego bardziej tragiczny niż niejeden bohater po właściwej stronie, choć autor pisał go zza barykady. Przeciwnik, który mógłby być bohaterem innej książki, podnosi stawkę każdej sceny, w której się pojawia.

Uwaga na drugą skrajność. Przeciwnik ze słusznością zupełną, bez skazy i bez przesady w metodzie, wypłukuje z opowieści sens kibicowania komukolwiek. Racja ma być mocna, a mimo to niewystarczająca, i właśnie w tej różnicy mieszka dramat. Widz potrzebuje powodu, dla którego mimo wszystko trzyma stronę bohatera. Sama sympatia na taki powód nie wystarcza.

Zło bez powodu jest tanie i widać to od pierwszej sceny. Potwór, który niszczy, bo taka jego natura, wystarcza na dziesięć minut przeszkody i nie utrzyma trzeciego aktu. Bohater niczego się przy nim o sobie nie dowiaduje, a widz nie ma czego rozważać w drodze do domu. Racja po drugiej stronie zmusza bohatera, żeby wreszcie powiedział, w co właściwie wierzy.