Przejdź do treści
Punkt widzenia i narracja

Punkt widzenia i narracja

Głos autorski: sygnatura, którą poznasz bez podpisu

3 min czytania · Redakcja 1draft.pl

Vincent van Gogh, Autoportret, wrzesień 1889, Musée d'Orsay - popiersie malarza w bladobłękitnej marynarce na tle wirujących, falujących smug w tych samych chłodnych, błękitno-zielonych tonach; twarz o skupionym, przeszywającym spojrzeniu, ruda broda i włosy; cała powierzchnia zbudowana z rytmicznych, drżących, dobrze widocznych pociągnięć pędzla, które są natychmiast rozpoznawalnym znakiem ręki artysty
Vincent van Gogh, Autoportret (wrzesień 1889), Musée d'Orsay. Zasłoń nazwisko - i tak wiesz, czyja to ręka. Wirujące pociągnięcia pędzla są wizualnym odpowiednikiem głosu autorskiego. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain (PD-Art)

Głos autorski to twój odcisk palca w tekście — rozpoznawalny sposób, w jaki budujesz zdania, dobierasz słowa i widzisz świat, niezależnie od tematu. To nie to samo co narracja (kto opowiada) ani co język postaci (jak mówią bohaterowie): głos należy do ciebie i wraca w każdym tekście. Czytelnik powinien móc zasłonić nazwisko i poznać autora po akapicie. Pułapka jest podwójna: z jednej strony proza bez smaku — poprawna, czysta, lecz anonimowa, brzmiąca jak każdy (i jak maszyna); z drugiej maniera — styl, który popisuje się sobą, gdzie każde zdanie to fajerwerk, więc czytelnik podziwia zdania zamiast widzieć świat. Głos żyje pośrodku: rozpoznawalny, a przy tym przezroczysty dla historii.

Wizualną intuicję daje Autoportret Vincenta van Gogha (wrzesień 1889, Musée d'Orsay) — twarz wyłania się z wirującego, błękitno-zielonego tła, a całość zbudowana jest z rytmicznych, drżących pociągnięć pędzla. Van Gogh pokazał styl, który poznasz bez podpisu — zasłoń nazwisko, a i tak wiesz, czyja to ręka. To jest sedno głosu autorskiego: nie temat i nie technika, lecz rozpoznawalny sposób, w jaki ktoś kładzie farbę — albo słowa.

Kanon. Wielkich poznajemy po jednym zdaniu: oszczędny, oznajmujący Hemingway, rozwlekły i kręty Faulkner, dosadny w metaforze Chandler. Filmowo głos słychać już w didaskaliach: scenariusze Aarona Sorkina (gadane w marszu kaskady retoryki) czy Quentina Tarantino (dygresyjny dialog i opis pisany z nerwem) czyta się nie do pomylenia z nikim. Polski kanon: Marek Hłasko — twardy, cyniczno-liryczny ton, w którym po dwóch akapitach wiesz, kto trzyma pióro; tej ręki nikt nie podrobił.

Pięć reguł. Pierwsza: głos to nie narracja — punkt widzenia i wybór osoby decydują, kto patrzy (zobacz osobne artykuły o punkcie widzenia oraz pierwszej i trzeciej osobie), a głos to twój odcisk w każdym zdaniu, ten sam w pierwszej i w trzeciej osobie. Druga: w scenariuszu głos mieszka w didaskaliach — nie tylko w dialogu, bo ten należy do postaci i ich idiolektu (zobacz osobny artykuł); rytm opisu i dobór tego, co pokazujesz, sprawiają, że scenariusz czyta się „twoją ręką”. Trzecia: głosu się nie nakłada — odkrywa — bierze się z ilości, szczerości i czytania, nie z ozdób; imitacja to etap, nie cel, a pożyczone szaty z czasem opadają i zostaje twój rytm. Czwarta: głos ma służyć, nie stroić — gdy czytelnik podziwia zdanie zamiast widzieć świat, styl zaczął dusić historię; bywa, że najmocniejszy głos jest cichy (zobacz osobny artykuł o subtekście). Piąta: najgęściej głos słychać w pierwszej osobie — monolog wewnętrzny obnaża twój rytm myślenia (zobacz osobny artykuł o monologu wewnętrznym), więc to tam najłatwiej zarówno znaleźć głos, jak i przeszarżować.

Pytanie warsztatowe: zrób próbę van Gogha — daj komuś stronę swojego tekstu bez nazwiska. Pozna, że to ty? A jeśli pozna — to po czym: po rytmie i spojrzeniu, czy po natrętnych ozdobnikach? Pierwsze to głos; drugie to maniera, którą warto przyciąć.