Przejdź do treści

Narrator dziecięcy: świat oczami dziecka

Jan Steen, Święto św. Mikołaja, ok. 1665, Rijksmuseum w Amsterdamie - gwarna, pełna ruchu scena rodzinna w mikołajkowy wieczór: w centrum mała dziewczynka w złocistej sukience tuli prezenty i wiaderko pełne łakoci, obok chłopiec zanosi się płaczem, bo zamiast podarku znalazł w bucie rózgę, a dorośli - rodzice, babka - krzątają się i komentują wokół; cała kompozycja oddaje świat widziany na wysokości dziecięcych przeżyć, gdzie radość i zawód są ogromne
Jan Steen, Święto św. Mikołaja (ok. 1665), Rijksmuseum. Dziewczynka w środku kadru tuli lalkę i wiaderko łakoci, a chłopak z lewej zanosi się płaczem nad rózgą znalezioną w bucie. Radość i krzywda mają tu pełną skalę, a to, co z tego rozumieją dorośli w tle, dopowiada sobie ktoś inny. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain (PD-Art)
Odsłuchaj

W opowieści prowadzonej przez dziecko jedyną dorosłą osobą jest czytelnik. Mały narrator podaje fakty dokładnie, w takiej kolejności, w jakiej je zobaczył, i zostawia je nieposkładane. Siła tej narracji mieści się w tym, czego relacja nie nazywa. Sens układa się dopiero po drugiej stronie kartki, u kogoś, kto wie więcej niż mówiący.

Druga rzecz, którą daje ta optyka, to świeżość. Sprawy oswojone i niewidzialne dla dorosłego wracają w niej jako dziwne, bo dziecko nie ma dla nich gotowej nazwy. Podobnie działa okrucieństwo. Nikt go tu nie komentuje ani nie usprawiedliwia, więc wychodzi na wierzch nagie, w postaci samego opisu tego, co się wydarzyło.

Zawodność małego świadka jest niewinna — nie kręci i niczego nie ukrywa, tylko po prostu nie wie, a to zupełnie inny rodzaj luki niż u kogoś, kto zataja z wyrachowania. Bywa przy tym świetnym obserwatorem, bo dorośli rozmawiają przy nim swobodnie, pewni, że i tak nie zrozumie. Zwykle mają rację, a czytelnik ma z tego całą scenę.

Narratorem Dziwnego przypadku psa nocną porą Mark Haddon uczynił piętnastolatka, który notuje świat z dokładnością protokołu. Christopher wylicza szczegóły, których nikt inny by nie zapamiętał. Przechodzi obojętnie obok zdań, po których czytelnik od razu wie, że małżeństwo jego rodziców się rozpadło. Chłopiec prowadzi śledztwo w sprawie zabitego psa, a rozwiązuje przy okazji zupełnie inną sprawę.

Emma Donoghue w Pokoju zwęziła świat do jednego zamkniętego pomieszczenia, bo dla pięcioletniego Jacka to pomieszczenie naprawdę jest całym światem. Chłopiec opisuje swoje życie jako normalne i szczęśliwe. Czytelnik wyczytuje z tego samego opisu porwanie i lata niewoli. Jerzy Kosiński w Malowanym ptaku zrobił to samo z okrucieństwem wojny, którego mały bohater nie umie nazwać, więc podaje je jako kolejne wydarzenie dnia.

Kino robi to obrazem. Roberto Benigni w filmie Życie jest piękne pokazał obóz przez to, co ojciec pozwala zobaczyć synowi. Ojciec przedstawia dziecku obóz jako grę na punkty z czołgiem w nagrodę. Widz przez cały czas wie, gdzie oni naprawdę są, i ogląda równolegle wersję dziecięcą i tę prawdziwą. Im dalej odchodzą od siebie te dwie wersje, tym trudniej się to ogląda.

Konwencję da się też odwrócić i najgłośniej zrobił to Günter Grass w Blaszanym bębenku. Oskar Matzerath postanawia w trzecie urodziny przestać rosnąć. Przez resztę powieści opowiada świat z wysokości trzylatka, mając umysł dorosłego i ani śladu dziecięcej łagodności. Ciało służy mu za przepustkę, a relacja jest bezlitosna, bo nikt nie podejrzewa malca o to, że rozumie wszystko.

Autor bez czujności wkłada dziecku własne słownictwo i własną mądrość, a bohater zaczyna mówić zdaniami, których żaden ośmiolatek by nie ułożył. Taki mały dorosły jest najpospolitszą awarią chwytu. Groźniejsze bywa zamknięcie się w dziecięcej ciasnocie zbyt szczelnie. Wtedy do odbiorcy nie przebija żaden dorosły sens i zostaje sama urocza naiwność. Osobną decyzją jest wybór osoby, bo pierwsza daje ciepło, a trzecia dokłada dystansu i ironii.

Sprawdzianem bywa scena, w której dziecku nikt niczego nie tłumaczy. Mały Jack u Donoghue opisuje szafę, w której śpi, kiedy do pokoju przychodzi porywacz. Opisuje ją tak spokojnie, jak opisałby własne łóżko. W tym jednym zdaniu nie ma ani strachu, ani skargi. Strach dopisuje czytelnik, bo nikt inny w tej książce go nie nazwie.