
Niektórzy narratorzy chowają się za sceną; ten wychodzi na środek i mówi wprost: „Drogi Czytelniku, pozwól, że ci to wyjaśnię”. Narrator intruzywny przerywa opowieść, żeby skomentować, ocenić, zażartować albo zwrócić się do ciebie po imieniu — daje znać, że historię ktoś prowadzi. Pułapka jest podwójna: albo jego wtrącenia zmieniają się w kazanie — głos przejmuje fabułę, by wygłaszać poglądy i mówić ci, co masz czuć — albo wpada w środek sceny zbudowanej na napięciu i przekłuwa balon, który miał rosnąć, a do tego raz krzyczy, raz milknie na sto stron, więc chwyt wygląda na przypadek, nie na decyzję.
Wizualną intuicję daje Autoportret Judith Leyster (ok. 1630) — malarka odrywa się od sztalugi, na której maluje skrzypka, odwraca ku nam i uśmiecha, jakby na moment przerwała pracę, żeby coś powiedzieć. Tym jest narrator intruzywny: ktoś, kto na chwilę odwraca się od opowieści wprost do ciebie. Nie znika za historią, lecz nawiązuje z tobą kontakt wzrokowy. To jest sedno: opowiadający staje w kadrze i przyznaje się, że tu jest.
Kanon. Narrator jawny, wtrącający się to silnik powieści XVIII i XIX wieku — Fielding gawędzący z nami w „Tomie Jonesie”, Sterne dygresujący bez opamiętania w „Tristramie Shandy”, wiktoriańskie zwroty wprost do czytelnika u Thackeraya i Eliot. Narrator jako obecny, wygadany gospodarz, który prowadzi za rękę i komentuje. Modernizm go ukrył, postmodernizm przywrócił — już z mrugnięciem. Polski kanon: „Lubiewo” Michała Witkowskiego — narrator nie znika ani na chwilę, zagaduje, dygresuje i zwraca się wprost do słuchacza, robiąc z czytelnika powiernika plotki.
Pięć reguł. Pierwsza: zwykle siedzi na wszechwiedzy. Wtrącający się to najczęściej narrator wszechwiedzący, który postanowił się odezwać — jawny, nie ukryty (zobacz osobny artykuł o narratorze wszechwiedzącym). Druga: to daleki kraniec dystansu. Wtręt odsuwa nas od bohatera, by spojrzeć z góry i ocenić; potem można znów zanurkować blisko, ale pilnuj tej huśtawki, żeby nie szarpała (zobacz osobny artykuł o dystansie narracyjnym). Trzecia: to persona, nie ty. Gadatliwy głos jest wykreowaną maską narratora, nie autorem na spowiedzi — nie myl maski z piszącym (zobacz osobny artykuł o głosie autorskim). Czwarta: wygadany nie znaczy wiarygodny. Narrator, który ochoczo komentuje, też umie wodzić za nos — jawność to nie szczerość, czytelnik wciąż bywa ogrywany (zobacz osobny artykuł o narratorze niewiarygodnym). Piąta: komentarz steruje sympatią. Wtręty przechylają nasze sądy — decydują, po czyjej jesteśmy stronie; prowadź nimi empatię, zamiast wygłaszać kazania (zobacz osobny artykuł o punkcie widzenia a empatii).
Pytanie warsztatowe: wyobraź sobie, że twój narrator — jak Leyster znad sztalugi — odwraca się na chwilę wprost do czytelnika; co miałby do powiedzenia, czego nie da się pokazać w scenie, i czy po tym zwrocie umiałby wrócić do malowania, nie psując obrazu?