Przejdź do treści

Punkt widzenia a empatia (czyja głowa, tego strona)

Caspar David Friedrich, Kobieta w oknie (1822, Alte Nationalgalerie w Berlinie) — ciemna izba wyłożona brązowym drewnem, z rudymi deskami podłogi. Smukła kobieta w zielonej sukni stoi plecami do widza, wsparta o parapet, i wychyla się w uchylone dolne skrzydło okna; za szybami widać maszt z olinowaniem, pas żółknących drzew na drugim brzegu i chmury, a z prawej strony parapetu stoją dwie małe buteleczki.
Caspar David Friedrich, Kobieta w oknie (1822, Alte Nationalgalerie, Berlin). Widzimy ją od tyłu i widzimy to, na co patrzy — więc patrzymy razem z nią, a nie na nią. W tej jednej różnicy mieści się cała droga od punktu widzenia do współczucia. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain (PD-Art)
Odsłuchaj

Wpuść widza za czyjeś oczy na kwadrans, a zacznie tej osobie kibicować. Zrobi to nawet wtedy, gdy postać robi rzeczy nie do obrony, bo perspektywa rozdaje współczucie sama z siebie.

Warto rozdzielić dwie rzeczy, które zwykle chodzą razem. Czym innym jest to, czyimi oczami patrzymy, a czym innym to, komu kibicujemy. Najczęściej idą w parze, ponieważ trzymamy stronę tego, kogo znamy od środka. Wprawny autor potrafi je jednak rozsunąć i zamknąć nas za oczami, których wcale nie chcielibyśmy dzielić.

Cała różnica siedzi w ustawieniu. Caspar David Friedrich na Kobiecie w oknie pokazał postać od tyłu, w ciemnym wnętrzu, a zaraz obok to, co widać za szybą, czyli pas jasnej wody i maszty. Obraz nie prosi o ocenę tej kobiety, tylko wypożycza jej spojrzenie, a to zupełnie wystarczy, żeby widz przeszedł na jej stronę.

Na ekranie perspektywa nie jest kwestią gramatyki. Budują ją drobiazgi: do kogo wraca kamera po ciosie, czyj oddech słychać na ścieżce dźwiękowej, kto pierwszy wchodzi do pomieszczenia i kto zostaje w nim, kiedy pozostali wyjdą. Widz sumuje te sygnały bez świadomego wysiłku i po kwadransie ma już swojego faworyta.

Alfred Hitchcock zrobił z tego w Psychozie eksperyment na widowni. Po zabójstwie kamera zostaje przy Normanie, który sprząta łazienkę i topi samochód w bagnie. Kiedy auto na moment przestaje tonąć, widz łapie się na tym, że mu kibicuje. Nikt go o to nie prosił, wystarczyło, że przez kilka minut nie miał do dyspozycji innych oczu.

Jonathan Glazer poszedł w Strefie interesów w drugą stronę i odciął perspektywę od sympatii. Kamera nie opuszcza rodziny komendanta obozu, chodzi z nią po ogrodzie, po kuchni i po pokojach dzieci, a zagłada zostaje za murem, w dymie i w dźwięku. Widz patrzy czyimiś oczami przez cały seans i ani razu nie może się w nich zadomowić.

Magdalena Piekorz w Pręgach pokazała, co się dzieje, gdy pod koniec opowieści oddać głos drugiej stronie. Przez większość filmu jesteśmy przy bitym synu i ojciec jest dla nas ścianą przemocy. Potem ojciec odzywa się własnym głosem z nagranej na taśmie prośby o wybaczenie i ten sam człowiek mięknie na naszych oczach. Nic z tego, co zrobił, się nie zmieniło. Zmieniło się jedynie to, że raz jeden usłyszeliśmy go od środka — a widownia wychodzi z kina pokłócona o to, komu bardziej współczuć.

Wgląd rozdany bez planu psuje całą tę robotę. Kiedy autor skacze do głowy każdej postaci po kolei, współczucie się rozprasza i przestaje być jasne, czyja przegrana ma boleć. Finał trafia wtedy w próżnię, ponieważ widz nie zdążył się do nikogo przywiązać na tyle, żeby cokolwiek go zabolało. Wielość perspektyw sama w sobie nie szkodzi, szkodzi brak decyzji, czyja historia jest tu najważniejsza.

Zamknięcie widza w jednej głowie zbyt szczelnie spłaszcza z kolei całą resztę obsady do tła. Świat robi się dwuwymiarowy, a przeciwnik traci wszystko poza swoją funkcją w fabule. Zwykle wystarczą trzy minuty jego perspektywy, żeby odzyskał ciężar i przestał być przeszkodą do ominięcia.

Perspektywa nigdy nie jest neutralna. Każda scena, w której siedzimy w czyjejś głowie, po cichu przesuwa sympatię widowni. Kto rozdaje oczy, ten rozdaje racje, i za ten podział odpowiada osobiście. Autorzy, którzy o tym pamiętają, dostają za darmo narzędzie, na które inni pracują dialogiem przez pół filmu.