Przejdź do treści

Narrator retrospektywny (z perspektywy końca)

Camille Corot, Wspomnienie z Mortefontaine (1864) - zamglony, wyidealizowany pejzaż z jeziorem i drzewami
Camille Corot, Wspomnienie z Mortefontaine (1864, Luwr). Tytuł zapowiada widok z pamięci, a nie z natury. Kobieta w koralowej spódnicy sięga po gałąź, dwoje dzieci zbiera kwiaty u jej stóp, a jezioro za nimi rozpuszcza się w srebrnej mgle. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain (PD-old-100-expired, PD-Art)
Odsłuchaj

Opowiada jedna osoba, ale ta osoba stoi w dwóch punktach czasu naraz. Jedna wersja szła przez zdarzenia po omacku, druga siada po latach, żeby o nich opowiedzieć. Cała historia mieszka w szczelinie między nimi.

Starsza wersja ma uprawnienie, którego młodsza nie miała nigdy. Wie, jak to się skończyło, więc umie ważyć zdarzenia. Może nazwać tamto lato ostatnim wspólnym latem, zanim ktokolwiek w tamtym lecie zdąży się tego domyślić. Zwyczajna kolacja dostaje wtedy ciężar, którego nie miała w chwili, gdy się odbywała. Ciężar przynosi drugie spojrzenie, położone na tę samą scenę wiele lat później.

Retrospekcja jest wyskokiem w tył wewnątrz biegnącej teraźniejszości, a tu żadnego wyskoku nie ma, bo cała opowieść jest już przeszłością, i tę granicę rozkłada osobne hasło o retrospekcji. Rozszczepienie słychać natomiast w pojedynczym zdaniu i tam najłatwiej sprawdzić, czy w ogóle jest. „Ojciec wrócił nad ranem i położył klucze na stole” to relacja dziecka. „Ojciec wrócił nad ranem i po raz pierwszy nie powiedział skąd” to samo zdarzenie widziane przez kogoś, kto zna ciąg dalszy.

Bliskim krewnym jest narrator zza grobu, tylko że tamten patrzy wstecz spoza granicy życia, a ten z dalszego odcinka tej samej drogi. Sam odstęp lat robi już za dystans narracyjny i działa bez żadnej pomocy z zewnątrz. Pamięć przy tym niczego nie przechowuje w stanie nienaruszonym, więc narrator retrospektywny stoi jedną nogą w niewiarygodności. Relacjonuje przez to, kim zdążył się przez te lata stać, a nie przez to, kim był, kiedy zdarzenia się działy.

Punktem wyjścia Posłańca L.P. Hartleya jest dziennik z jednego dawnego lata. Znajduje go stary człowiek, który jako chłopiec nosił listy między dwojgiem dorosłych, i przez resztę książki rozlicza siebie sprzed pół wieku z niewiedzy, w jakiej wtedy tkwił. Chłopiec nie rozumie, co przenosi. Starzec rozumie aż nadto dobrze, a powieść jest zapisem tej różnicy.

Gabriel García Márquez posunął ten chwyt w Kronice zapowiedzianej śmierci najdalej, jak się da. Narrator wraca po latach do miasteczka, w którym zamordowano jego przyjaciela, i wypytuje świadków jednego po drugim. Wynik ogłasza w pierwszym zdaniu książki. Napięcie przez to nie słabnie ani trochę. Przenosi się gdzie indziej, bo przestaje chodzić o to, czy Santiago Nasar zginie, a zaczyna o to, jakim cudem wiedziało o tym pół miasteczka i nikt nie zdążył temu przeszkodzić.

Psuje się to najczęściej przez rozgadanie. Narrujące ja co chwilę zdradza, jak będzie, sygnalizuje finał na trzy sposoby naraz i odbiera dawnemu ja ślepotę, z której brał się cały dreszcz. Zostaje historia z góry przesądzona, przez którą czytelnik idzie jak przez korytarz z rozkładem jazdy na ścianie. Zapowiedź narratorska działa dopóty, dopóki pozostaje rzadka.

Znacznie ciszej psuje się co innego: rama z przyszłości postawiona w pierwszej scenie i nigdy nieuruchomiona. Dalej opowiada się w niej tak, jakby narrator wiedział dokładnie tyle, co jego młodsza wersja, i zdarza się to częściej, niż autorzy chcą przyznać. Ani ironii, ani ciężaru, ani jednego spojrzenia z góry. Bruno Schulz w Sklepach cynamonowych nie wpada w tę pułapkę ani na akapit, bo jego dorosły głos przerabia dzieciństwo w mitologię na oczach czytelnika.

Kiedy rozszczepienie znika, zostaje zwykła pierwsza osoba w czasie przeszłym, a to zupełnie inne narzędzie i zupełnie inna temperatura. Narrator retrospektywny żyje z tego, że patrzy na te same zdarzenia dwa razy i za każdym razem widzi co innego. Rozliczenie rodzi się dopiero w odstępie między tymi dwoma spojrzeniami.