Przejdź do treści

Narrator-świadek: gdy historię opowiada postać poboczna

Paolo Veronese, Gody w Kanie Galilejskiej 1563, Luwr — monumentalna uczta weselna z ponad setką postaci w renesansowej architekturze; w centrum przy stole Jezus, a na pierwszym planie grupa muzykantów, wśród nich autoportret malarza grającego na violi, świadek z boku cudu przemiany wody w wino
Paolo Veronese, Gody w Kanie Galilejskiej (1563), Luwr, Paryż. Wśród pierwszoplanowych muzykantów malarz umieścił autoportret — gra na violi, świadek z boku cudu dziejącego się przy stole. Tak siedzi narrator-świadek: w środku historii, przy jej krawędzi. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain (PD-Art)
Odsłuchaj

Do głowy najciekawszej postaci w opowieści można nigdy nikogo nie wpuścić. Narrator-świadek mówi „ja”, tylko że to „ja” należy do kogoś, kto stoi obok bohatera. Sąsiad, przyjaciel z dawnych lat, przygodny kronikarz cudzego życia. Główną postać oglądamy wyłącznie stamtąd, z boku i z pewnej odległości.

Taki układ daje od razu dwie rzeczy. Daje dystans, bo na bohatera patrzymy z zewnątrz, z podziwem albo z niepokojem, i nigdy od środka. Daje też tajemnicę, bo świadek nikomu nie czyta w myślach, więc do ostatniej strony zostaje nam zgadywanie. Wielkość i szaleństwo znoszą odległość znacznie lepiej niż zbliżenie na twarz.

F. Scott Fitzgerald w Wielkim Gatsbym oddał całą opowieść Nickowi Carrawayowi, sąsiadowi z małego domku obok pałacu. Nick bywa na przyjęciach, wozi gospodarza samochodem i słyszy sprzeczne wersje jego życiorysu, ale pełnej prawdy nie dostaje nigdy. Dlatego Gatsby do końca pozostaje kimś, o kim się mówi, a nie kimś, kogo znamy.

Filtr świadka jest jego charakterem, nie szybą. Thomas Mann w Doktorze Faustusie kazał opisać życie genialnego kompozytora poczciwemu nauczycielowi, przyjacielowi z czasów szkolnych. Ten człowiek jest przerażony tym, co relacjonuje, i raz po raz to zaznacza. Jego trwoga i jego przyzwoitość odmierzają skalę rzeczy, których sam nie umie nazwać.

Świadek musi siedzieć dostatecznie blisko, żeby cokolwiek zobaczyć. Paolo Veronese na Godach w Kanie Galilejskiej wmalował samego siebie w grupę muzykantów na pierwszym planie, z violą w rękach, podczas gdy cud dzieje się dalej, przy stole. Taka jest właściwa odległość. Za daleko nie ma czego relacjonować, za blisko świadek sam staje się bohaterem sceny.

Skoro świadek nie zagląda bohaterowi do głowy, musi go pokazywać po śladach. Po tym, co tamten robi, kiedy sądzi, że nikt nie patrzy, po rzeczach zostawionych na biurku, po jednym zdaniu powtórzonym przez trzy osoby w trzech różnych wersjach. Taka relacja rośnie z poszlak. Kiedy świadek zaczyna orzekać, co bohater czuł, zamienia się w autora mówiącego cudzymi ustami.

Zdarza się, że relacjonujący traci własną stawkę i zamienia się w obiektyw. Ken Kesey powierzył Lot nad kukułczym gniazdem milczącemu Indianinowi — takiemu, który udaje głuchoniemego i przez lata nie odzywa się w oddziale ani słowem. Bunt przybysza oglądamy jego oczami, ale rzeczą, która dzieje się naprawdę, jest powolne budzenie się samego opowiadającego.

Stronniczość świadka to jeszcze nie niewiarygodność. Narrator niewiarygodny kłamie, świadek nas nie oszukuje. Jest tylko niepełny, bo podziw, zazdrość albo zwykła ślepa plamka przechylają jego relację, a on i tak mówi tyle, ile widział. Prawie zawsze mówi z późniejszego miejsca, z odległości lat, więc jego opowieść bywa zarazem ramą i powinna się na końcu domknąć.

Czasem świadek jest w tekście widoczny głównie jako pytanie i pauza. Hanna Krall w Zdążyć przed Panem Bogiem rozmawia z Markiem Edelmanem, jednym z przywódców powstania w getcie warszawskim, i to jej pytania oraz jej milczenie nadają kształt jego relacji. Bez niej zostałby surowy zapis rozmowy. Dobrze wybrany świadek pokazuje bohatera tak, jak nikt nie potrafi pokazać samego siebie.