Przejdź do treści

Pierwsza czy trzecia osoba: wybór dystansu

Parmigianino, Autoportret w wypukłym lustrze, ok. 1524, Kunsthistorisches Museum w Wiedniu - obraz namalowany na okrągłej wypukłej desce: młody mężczyzna w ciemnym kaftanie z futrzanym kołnierzem patrzy prosto przed siebie, a jego dłoń leży u dolnej krawędzi tak blisko powierzchni, że zajmuje niemal tyle miejsca co cała głowa; belkowanie sufitu i rama okna po lewej biegną krzywiznami zamiast prostych linii
Parmigianino, Autoportret w wypukłym lustrze (ok. 1524), Kunsthistorisches Museum, Wiedeń. Dłoń urasta do rozmiaru twarzy wyłącznie dlatego, że leży bliżej szkła, a belki sufitu wyginają się łukiem, żeby zmieścić się wokół malarza. Cena za patrzenie z jednego miejsca jest widoczna od razu: bliskie puchnie, dalekie ucieka. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain (PD-Art)
Odsłuchaj

Osoba narracyjna rozstrzyga, ile czytelnikowi wolno wiedzieć. Reszta warsztatu układa się już pod ten jeden wybór, dlatego robi się go przed pierwszą sceną, a nie po stu stronach. Gramatyka jest tu widocznym skutkiem. Pod spodem siedzi decyzja o dostępie i o odległości.

Pierwsza osoba daje głos i natychmiastowość. Czytelnik dostaje czyjś ton, rytm zdania, sposób przekręcania cudzych słów, a w prezencie możliwość, żeby temu komuś nie ufać. Płaci za to zamknięciem. Do książki wchodzi wyłącznie to, przy czym narrator był, co usłyszał albo o czym mu doniesiono. Stawia też twardy warunek: ten głos musi być na tyle ciekawy, żeby czytelnik wytrzymał z nim trzysta stron, bo ucieczki od niego nie ma.

J.D. Salinger oparł Buszującego w zbożu na jednym nastoletnim głosie, rozgoryczonym i pogardliwym wobec wszystkiego dookoła. Zdarzeń jest tam niewiele, a rzecz trzyma się na samym tonie. Albert Camus w Obcym wychłodził to samo „ja” do zera i kazał mu relacjonować własną zbrodnię obojętnie, aż ta obojętność stała się treścią powieści.

Miron Białoszewski w Pamiętniku z powstania warszawskiego dociągnął pierwszą osobę do granicy. Relacja jest mówiona, urywana, pełna skrótów i przeskoków, bo tak pracuje pamięć człowieka, który biegał piwnicami. Przełożona na chłodne „on” rozsypałaby się w zwykłą kronikę, a cały sens tej książki siedzi w sposobie mówienia.

Taki głos zakrzywia świat wokół siebie. Na Autoportrecie w wypukłym lustrze Parmigianina dłoń przy szkle pęcznieje ogromna, twarz cofa się w głąb, a ściany pokoju wyginają się łukiem wokół malarza. Trzecia osoba prostuje te proporcje. Zyskuje zasięg i wiedzę większą, niż ma ktokolwiek w środku, a traci część tej krzywizny.

Rozpina się przy tym szeroko. Może siedzieć tuż za ramieniem jednej postaci i prawie nie różnić się od „ja”, może też ogarniać losy, których nikt w środku nie widzi w całości. Cormac McCarthy prowadzi całą Drogę przy ojcu i synu, którym nie dał nawet imion, i opisuje ich oszczędnie, bez tłumaczenia świata. Chłód tej relacji robi w powieści pół roboty.

Na ekranie domyślną osobą jest kamera patrząca z zewnątrz. Pierwszą osobę udaje się tam głosem z offu, jak w Chłopcach z ferajny Martina Scorsese, gdzie przez świat gangsterów prowadzi nas prywatny, konfidencjonalny ton jednego z nich. Sam zaimek nie przesądza jednak, ile odbiorca wie, bo o tym rozstrzyga punkt widzenia, opisany w osobnym haśle.

Najwięcej kłopotu bierze się z wyboru zrobionego dla samej bliskości. Autor sięga po „ja”, a potem fabuła zaczyna wymagać scen, przy których narratora nie było. Trzeba mu wtedy podstawiać podsłuchane rozmowy, znalezione listy i cudze zwierzenia, a każde takie obejście zużywa trochę zaufania czytelnika. Czasem narrator zwyczajnie wie za dużo i nikt tego w książce nie tłumaczy.

Decyzję da się sprawdzić wcześnie i tanio. Wystarczy wziąć jedną scenę, w której bohater czegoś nie rozumie, i przepisać ją w obu osobach. W pierwszej zostaje jego pomyłka i cały wstyd, który z niej wynika. W trzeciej wchodzi światło, którego on nie ma, a razem z nim litość albo ironia. Znika za to jego język, a to zwykle boli najbardziej.

Dobry wybór wychodzi z rdzenia opowieści. Jeśli jądrem jest czyjś głos i jego zwodnicza prawda, rzecz chce pierwszej osoby. Jeśli splot losów, którego nikt w środku nie ogarnia, albo ironia oparta na tym, że czytelnik wie więcej niż postać, rzecz chce trzeciej. Ten sam materiał opowiedziany raz tak, raz inaczej daje dwie różne książki — o dwóch różnych tematach.