Przejdź do treści

Wielość punktów widzenia: zmienny POV

Jan i Hubert van Eyck, Ołtarz gandawski, 1432, poliptyk, olej na desce, widok otwarty - wielkie skrzydłowe retabulum złożone z kilkunastu osobnych tablic: u góry postać Boga na tronie między Marią a Janem, grające i śpiewające anioły oraz nadzy Adam i Ewa na bokach, na dole rozległy zielony pejzaż z Adoracją Baranka i schodzącymi się ku niemu procesjami; osobne panele tworzą jedną całość
Jan i Hubert van Eyck, Ołtarz gandawski (1432), katedra św. Bawona w Gandawie. Dwanaście osobnych tablic, a na każdej ktoś inny: Adam i Ewa na skrajach, chóry aniołów, Maria i Jan przy tronie, niżej procesje idące do Baranka. Krajobraz przechodzi z deski na deskę i dopiero to składa te spojrzenia w jeden świat. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain (PD-Art)
Odsłuchaj

Zmiana głowy jest dla czytelnika wydarzeniem i musi zostać ogłoszona. Wielość punktów widzenia polega na tym, że opowieść prowadzi po kolei kilka postaci ogniskowych, każda na swoim odcinku. Wewnątrz sceny albo rozdziału obowiązuje jedna świadomość, dokładnie jak w trzeciej osobie ograniczonej. Zmiana przychodzi na granicy i ma być widoczna.

Rotacja daje opowieści trzy rzeczy, których jedna głowa dać nie może: odbiorca wie w pewnym momencie więcej niż którakolwiek z postaci, więc boi się o nie z wyprzedzeniem. Historia dostaje zasięg większy od jednego życiorysu. Poznajemy wreszcie od środka tych, których bohater ogląda wyłącznie z zewnątrz, przez co przeciwnik przestaje być figurą i zaczyna mieć swoje racje.

Wszechwiedza wygląda podobnie i jest czymś innym. Tam jeden głos zagląda wszędzie naraz, a tutaj każdy widzi wyłącznie ze swojego miejsca i po swoim odcinku ustępuje następnemu. Wersje, które się wykluczają, zamiast składać w całość, opisuje osobne hasło o efekcie Rashomona. Liczba głów ma przy tym swoją miarę. Dwie ustawiają kontrapunkt, trzy albo cztery tworzą sieć, a powyżej pięciu czytelnik przestaje pamiętać, kto o czym wie. Każda dołożona głowa kosztuje rozdział na wprowadzenie i drugi na przypomnienie, że ta postać wciąż istnieje.

Warunkiem, na którym stoi cała reszta, jest osobny głos. Barbara Kingsolver rozpisała Biblię jadowitego drzewa na matkę i cztery córki, które jadą za ojcem misjonarzem do Konga, a każda z nich mówi innym rytmem i o czym innym. Jedna opowiada zdaniami pięciolatki, druga myśli o strojach i o tym, jak wygląda, trzecia bawi się słowami czytanymi od tyłu. Czytelnik wie, w czyim rozdziale siedzi, zanim padnie imię.

Każdy punkt widzenia potrzebuje też własnej, skończonej sceny do zagrania. W Ołtarzu gandawskim Jana i Huberta van Eycków każda tablica jest osobnym, domkniętym obrazem ze swoją sytuacją, a nie wycinkiem sąsiedniej. Rozdział, który istnieje tylko po to, żeby przenieść wiadomość z jednego wątku do drugiego, czytelnik rozpoznaje po dwóch stronach i zaczyna go przewracać.

Perspektywy muszą się w końcu zbiec. Anthony Doerr prowadzi w Świetle, którego nie widać dwie linie, niewidomą dziewczynkę z Paryża i niemieckiego chłopca od radioodbiorników, przez dziesiątki krótkich rozdziałów, zanim wpuści ich do jednego oblężonego miasta nad morzem. Do tego momentu każdy rozdział jednej linii zmienia sens tego, co przed chwilą czytaliśmy w drugiej.

Tryb nie jest przy tym zarezerwowany dla trzeciej osoby. Irvine Welsh oddał Trainspotting kilku narratorom mówiącym w pierwszej osobie i w dialekcie, więc rozpoznaje się ich po samym sposobie mówienia, zanim jeszcze cokolwiek zrobią. Ten sam wieczór wygląda inaczej u kogoś, kto liczy działki, i u kogoś, kto liczy powody do bójki.

Rozsypuje się to najczęściej na arytmetyce. Wątek, który dostaje trzy rozdziały na starcie i wraca po dwustu stronach, zdąży wystygnąć — a razem z nim stygnie postać, na którą nikt już nie czeka. Podobnie kończą linie, które nigdy się nie spotykają, bo po kilkudziesięciu stronach widać, że jedna z nich niczego w drugiej nie zmieni, i jej rozdziały zaczynają ciążyć.

Rotacja działa wtedy, gdy każdy głos wie coś, czego nie wiedzą pozostałe, i gdy ta wiedza w końcu na siebie wpada. Ostatni rozdział czyta się wówczas z pamięcią wszystkich poprzednich, bo znamy wersje, których bohaterowie nigdy sobie nawzajem nie opowiedzieli. Kiedy tej wspólnej wiedzy nie ma, w jednej oprawie leży po prostu kilka osobnych opowiadań. Na ekranie wygląda to jak kilka seriali puszczonych równocześnie na jednym kanale.