
Żaden tekst nie zgłasza gotowości sam. Nie ma w nim punktu, w którym poprawki wygasają, więc koniec pracy wyznacza autor albo nikt. Dopóki się o tym nie wie, redakcja potrafi ciągnąć się latami i wyglądać przy tym na sumienność. Skończone jest w tym rzemiośle decyzją, którą się podejmuje, a nie stanem, który się kiedyś zastaje.
Poprawianie ma swoją krzywą i warto ją znać. Pierwszy przebieg wyrzuca rzeczy, które nie działają wcale, i zwykle podnosi tekst o klasę. Trzeci porządkuje rytm oraz usuwa zdania mówiące dwa razy to samo. Przy dziesiątym zmiany polegają już na podmienianiu jednego dobrego rozwiązania na inne, równie dobre. Wysiłek zostaje ten sam, tylko przestaje cokolwiek dokładać — a bywa, że zabiera.
Dawniej koniec bywał narzucany z zewnątrz. Honoré de Balzac przerabiał Komedię ludzką jeszcze na odbitkach korektorskich, dopisując całe akapity na marginesach, aż rachunki za skład rosły, a drukarze mieli go dosyć. Koniec przychodził wtedy z drukarni. Plik na dysku nie stawia takiego oporu i wolno w nim mieszać bez końca, o każdej porze, bez żadnego śladu.
Zdarza się przy tym, że polerowanie w ogóle nie dotyczy tekstu. Odsuwa moment, w którym rzecz trafi do obcych oczu i ktoś ją oceni. Fresk Pinturicchia Penelopa i zalotnicy pokazuje kobietę przy wysokim krośnie, otoczoną natrętnymi gośćmi, jak tka całun, który po nocach pruje, żeby nigdy nie był gotowy. Robota wygląda z zewnątrz jak robota, a pilnuje wyłącznie tego, żeby nic się nie rozstrzygnęło.
Usterka i świąd perfekcjonisty wyglądają podobnie tylko przez pierwszą minutę. Usterkę da się nazwać po imieniu i wskazać stronę, na której czytelnik gubi wątek albo przestaje wierzyć bohaterce. Świąd mówi wyłącznie tyle, że coś tu jeszcze nie gra, i kończy się przestawianiem przymiotników. Pierwsze warto naprawić od razu, drugie przechodzi zwykle po nocy snu.
Poprawka umie też zaszkodzić rzeczy, która działała od dawna. W.H. Auden po latach usunął z wiersza 1 września 1939 jego najsłynniejszą linijkę, uznawszy ją za nieszczerą, a w końcu wykluczył cały utwór ze swoich wyborów. Czytelnicy i tak przepisywali sobie wersję pierwotną. Autor został z poczuciem naprawionego kłamstwa, a wiersz z dziurą po zdaniu, dla którego ludzie po niego sięgali.
Da się to rozegrać inaczej. Walt Whitman wydał Źdźbła trawy w 1855 roku, a potem wracał do książki przez całe życie i ogłaszał kolejne, coraz grubsze wersje. Każde wydanie miało jednak swoją datę i swój koniec, a tom szedł do czytelników w takim stanie, w jakim akurat był. Poprawianie odbywało się po publikacji, zamiast ją zastępować.
Wyznaczony z góry koniec chroni też przed odwrotnym odruchem. Bywa dzień, w którym własny tekst wygląda tak beznadziejnie, że chce się go wysłać byle komu, żeby przestać na niego patrzeć. Data w kalendarzu nie pozwala oddać rzeczy w takim nastroju ani przetrzymać jej o dwa lata dłużej. Decyzja zapada raz, na chłodno, a potem się ją tylko wykonuje.
Praktyka wychodzi z tego nudna i dlatego działa. Koniec ustala się wcześniej, jako datę albo liczbę przebiegów, i traktuje go równie poważnie jak termin wobec kogoś obcego. Tekst oddany w wyznaczonym dniu bywa nierówny i można się potem za niego wstydzić. Tekst, który nigdy nie wychodzi z pliku, nie ma ani jednej wady, bo nikt go nie czytał, i nie ma też żadnej zalety.