
Redakcja pyta, czy zdanie jest dobre. Korekta pyta wyłącznie, czy jest poprawne. Z boku obie prace wyglądają tak samo, bo w obu wypadkach ktoś przechodzi tekst zdanie po zdaniu. Dzieli je jednak wszystko, co istotne, czyli moment, zakres i prawo do zmieniania czegokolwiek.
Korekta wymaga materiału zamrożonego i stoi na końcu kolejki, a dlaczego akurat tam, tłumaczy osobne hasło o poziomach redakcji. Robi się ją przebiegami, po jednym rodzaju błędu naraz: najpierw imiona i nazwy własne, potem nagłówki scen, potem interpunkcja, na końcu format. Szukanie wszystkiego jednocześnie wygląda na oszczędność czasu, a kończy się tym, że oko przyzwyczaja się do strony i przestaje cokolwiek widzieć. Jeden przebieg z jednym pytaniem idzie szybciej i wyłapuje więcej.
Zakres tej fazy jest węższy, niż podpowiada słowo przebieg. Literówka, zgubiony przecinek, podwójna spacja, imię odmienione raz tak, raz inaczej, numer sceny, który się powtarza. Do tego format, czyli marginesy, zapis nagłówków i pilnowanie, żeby kwestia nie odrywała się od nazwiska postaci na przełomie stron. Same rzeczy drobne i policzalne, każda do sprawdzenia bez zastanawiania się nad sensem.
Skutki jednego przeoczenia bywają niewspółmierne do jego rozmiaru. Londyńskim drukarzom królewskim wypadło w 1631 roku jedno przeczenie z przykazania o cudzołóstwie i Biblia zaczęła cudzołóstwo nakazywać, a nakład poszedł do zniszczenia. Pierwsze wydanie Ulissesa Jamesa Joyce'a składano we francuskiej drukarni, a autor dopisywał tekst jeszcze na odbitkach, więc pomyłek weszło tam tyle, że spór o poprawną wersję ciągnie się od dziesięcioleci. Błąd wpuszczony do druku potrafi przeżyć autora.
Własnego tekstu nie da się przeczytać wprost, ponieważ mózg podstawia zapowiedź zamiast liter. Zna zdanie, wie, co ma być dalej, i uzupełnia brakujący wyraz, zanim oko dobiegnie do końca wiersza. Im lepiej pamiętasz swoją frazę, tym pewniej zobaczysz ją poprawną. Korekta polega więc na oszukaniu tej pamięci, bo samo wytężanie uwagi niewiele daje, skoro uwaga pracuje po stronie pamięci.
Oszukuje się ją zmianą warunków czytania, bo wydruk łamie wiersz inaczej niż ekran, obca czcionka rozbija kształt akapitu, a czytanie na głos zmusza do wymówienia każdego wyrazu. Najskuteczniej działa przechodzenie zdaniami od końca ku początkowi, ponieważ tekst przestaje wtedy opowiadać i zostaje samą powierzchnią.
W scenariuszu ostatni przebieg ma wymiar, którego proza nie zna, bo tekst pójdzie do rozpisania na produkcję. Postać nazwana raz TAKSÓWKARZEM, a raz KIEROWCĄ rozdwaja się w tabelach na dwie role, dwa dni zdjęciowe i dwie umowy. To samo robi nagłówek sceny z inną porą dnia niż opis, który po nim następuje. Kierownik produkcji nie zgaduje intencji, tylko liczy to, co zapisane.
Prawdziwa trudność tej fazy leży gdzie indziej i polega na powstrzymaniu własnej ręki. Otwarty plik kusi, żeby przy okazji poprawić jeszcze jedno zdanie, a każda taka poprawka wprowadza świeży błąd w miejsce już sprawdzone. Anonimowy Warsztat zegarmistrza sprzed czterystu lat pokazuje człowieka, który pochyla się nad mechanizmem i niczego tam nie buduje. Wypatruje jednej drobiny, która nie pasuje, i na tym kończy robotę.
Czytelnik zawodowy odkłada scenariusz z powodu, którego rzadko wpisuje do opinii. Trzecia literówka na drugiej stronie każe podejrzewać, że skoro autorowi nie chciało się sprawdzić tekstu, to i konstrukcji pewnie nie sprawdzał. Sąd jest niesprawiedliwy i zapada zawsze. Ostatni przebieg broni więc zaufania, na które cała reszta pracowała miesiącami.