
Pod jedną nazwą chowają się dwa dokumenty, które służą do przeciwnych rzeczy. Jeden ma sprzedać, drugi ma pilnować porządku przez kolejne lata, a pomylenie ich widać od pierwszej strony.
Wersja sprzedażowa jest krótka i ma jedno zadanie. Musi udowodnić człowiekowi po drugiej stronie stołu, że pomysł nie wyczerpie się po ośmiu odcinkach. Wszystko inne jest jej podporządkowane, łącznie z układem stron i doborem zdjęć. Trzydzieści stron o świecie i pięć o tym, dokąd historia zmierza, czyta się jako sygnał, że autor sam jeszcze nie wie, co będzie w drugim sezonie.
Wersja robocza rośnie razem z produkcją i nigdy nie zostaje skończona. Trafia do niej wszystko, co zespół musi pamiętać. Który bohater czego jeszcze nie wie, w którym roku zmarła siostra, kto komu jest winien przysługę, jakim samochodem jeździł ojciec w retrospekcji z trzeciego odcinka. Sięga po nią scenarzysta zatrudniony do drugiego sezonu, którego nie było przy stole, gdy zapadały decyzje pierwszego.
Sercem obu wersji jest silnik, czyli odpowiedź na pytanie, skąd bierze się następny odcinek. W serialu proceduralnym silnikiem jest sprawa, którą przynosi tydzień, a bohaterowie zmieniają się powoli w tle. Tam, gdzie wszystko wisi na jednym łuku, paliwem staje się tajemnica albo cel i trzeba z góry wiedzieć, ile go starczy. Michelle i Robert King w Żonie idealnej puścili oba silniki naraz, sprawę na odcinek i wieloletnią przemianę bohaterki, więc każdy z nich wymagał osobnego opisu.
Największa pokusa prowadzi w stronę leksykonu. Wymyślony z pasją świat ciągnie autora do spisywania walut, kalendarzy, genealogii i granic, bo każda z tych rzeczy jest przyjemna do wymyślenia i wygląda na dowód wykonanej pracy. Czytelnik biblii te strony przewija. Zostaje z pytaniem, na które inwentarz nigdy nie odpowiada, czyli co się w takim świecie może wydarzyć i komu. Ta sama wiadomość podana jako przeszkoda od razu zaczyna pracować. Zakaz podróży między prowincjami leży martwy w spisie i ożywa w chwili, gdy bohaterka musi przekroczyć granicę.
Sam spis rzeczy do napisania jest krótszy, niż się wydaje. Logline i premisa, świat z regułami, których nie wolno złamać, profile postaci z tym, czego każda chce i co jej to utrudnia, siatka relacji, ton z tytułami pokrewnymi, format odcinka i kilka zarysów epizodów na próbkę. Łuki rozpisuje się na tyle sezonów, na ile projekt naprawdę wystarcza, a nie na tyle, ile brzmi imponująco.
Biblia bywa przy tym jedyną rzeczą, która istnieje, zanim pojawią się jakiekolwiek pieniądze. Czyta ją ktoś, kto po twój scenariusz nie sięgnie ani razu, bo do decyzji o wejściu w projekt wystarcza mu ten jeden dokument. Na polskim rynku bez tego dokumentu trudno dziś w ogóle zacząć rozmowę o rozwijaniu serialu. Nauczyliśmy się go pisać znacznie szybciej, niż nauczyliśmy się z niego korzystać — biblia bywa u nas załącznikiem do wniosku, a nie narzędziem w codziennej pracy.
Skrajny przykład takiego planu zostawił J. Michael Straczynski w Babylonie 5. Zanim serial ruszył, łuk był rozpisany na pięć sezonów, z przygotowanymi wcześniej rozwiązaniami na wypadek, gdyby któryś z aktorów odszedł z produkcji. Plan tej gęstości jest rzadkością i mało który serial go potrzebuje. Potrzebuje go za to każdy autor, który chce, żeby trzeci sezon wynikał z pierwszego, bo reszta pracy schodzi wtedy na dopisywanie wyjaśnień do rzeczy, które już poszły na antenę.