
Pitch deck zaczyna pracować w chwili, gdy zamkną się za tobą drzwi. Człowiek, z którym rozmawiałeś, przesyła plik trojgu ludziom, których w pokoju nie było, i to oni podejmują decyzję.
Rozmowa zostawia po sobie dwa papiery i każdy z nich jedzie potem gdzie indziej. One-pager mieści się na jednej stronie i jest tekstem, który da się przeczytać na stojąco. Pitch deck jest pakietem wizualnym, kilkunastoma planszami, po których projekt daje się rozpoznać, zanim ktokolwiek zacznie czytać. Branża mówi na nie leave-behind, czyli to, co zostawiasz na biurku, wychodząc z gabinetu. Jedno nie zastępuje drugiego, bo oba trafiają w inne ręce. One-pager wędruje dalej, do kogoś, kto ma na twój projekt minutę, a deck zostaje u tej osoby, która miałaby go prowadzić.
Na tej jednej stronie stoją tytuł, logline, akapit streszczenia, ton, format i tytuły pokrewne. Najwięcej waży jednak zdanie, które debiutanci opuszczają najczęściej, o tym, dlaczego akurat ten autor i akurat teraz. Producent czyta je jako informację o ryzyku. Pomysł bez takiej odpowiedzi wygląda na coś, co mógł napisać ktokolwiek, więc i zrobić może go ktokolwiek inny.
Deck dokłada do tego grafikę tytułową, plansze nastroju, karty postaci, zarys sezonu i wyraźnie postawioną prośbę o to, czego od czytającego oczekujesz. Ta prośba bywa opuszczana, a bez niej nawet życzliwy odbiorca nie wie, co ma z plikiem zrobić. Inaczej odpowiada się komuś, kto szuka pieniędzy na rozwój, a inaczej komuś, kto ma już producenta i potrzebuje koproducenta. Plansze nastroju mają własną pułapkę. Sklejone z kadrów cudzych filmów przypominają odbiorcy tamte filmy, a po dwóch minutach zostaje mu w głowie czyjeś światło i czyjaś sceneria zamiast twojej opowieści.
Papier tego rodzaju bliższy jest plakatowi niż raportowi. Plakat czyta się z drugiej strony ulicy, więc Moulin Rouge: La Goulue Henriego de Toulouse-Lautreca zbudowany został z kilku płaskich plam koloru i jednej rozpoznawalnej sylwetki. Hierarchia jest tam ustawiona twardo: najpierw uderza tancerka, potem nazwa lokalu, a reszta czeka na kogoś, kto podejdzie bliżej. Dwadzieścia plansz o równej wadze takiej hierarchii nie ma i oko przesuwa się po nich bez zatrzymania.
Żaden pakiet nie naprawi tego, czego nie ma w scenariuszu. Świetnie zrobiony deck przy słabym tekście załatwia jedno spotkanie i psuje relację, bo następnym razem ta sama osoba otwiera plik z mniejszą wiarą. Instytucje finansujące mają zresztą własne formularze i obowiązuje w nich ich układ. Deck jest wtedy załącznikiem, który ma pomóc czytającemu odróżnić twój projekt od stu innych z tego samego naboru.
Warto też pamiętać, na czym ten plik będzie oglądany. Rzadko jest to duży ekran w sali projekcyjnej, znacznie częściej laptop w pociągu albo telefon między dwoma spotkaniami. Ośmiopunktowa czcionka na ciemnym tle po prostu znika, a rozkładówka zaprojektowana na papier rozjeżdża się na pionowym ekranie. Plik ważący czterdzieści megabajtów potrafi w ogóle nie dotrzeć, bo skrzynka odbiorcy go odrzuci.
Cała robota tego pakietu mieści się w kwadransie, w którym opowiesz rzecz sam, i w tygodniu, który po tym spotkaniu nastąpi. Kartka krążąca wtedy po firmie wykonuje bez ciebie jedną rzecz. Ma przypomnieć, że coś takiego w ogóle było, i sprawić, żeby ktoś zdjął z półki twój scenariusz.