
Zanim ktokolwiek w wytwórni zdecyduje cokolwiek o twoim scenariuszu, ktoś obcy streści go na dwóch stronach. Dalej pojedzie to streszczenie, a nie twój tekst. Ten dokument nazywa się coverage i jest pierwszym śladem, jaki twoja historia zostawia w branży.
Coverage ma stały kształt i mieści się na dwóch, czasem trzech stronach. Otwiera go metryczka z tytułem, nazwiskiem autora, gatunkiem oraz czasem i miejscem akcji. Pod nią stoi logline, a zaraz potem streszczenie całej fabuły razem z zakończeniem. Zdradzenie finału jest tutaj obowiązkiem, bo raport pisze się dla kogoś, kto tego scenariusza nigdy nie otworzy. Na końcu idzie krótki komentarz i tabelka, w której premisa, konstrukcja, postacie i dialog dostają osobne noty.
Raport pisze zwykle najmłodsza osoba w firmie albo wolny strzelec opłacany ryczałtem od sztuki. Ma na biurku kilkanaście tekstów tygodniowo i kilka godzin na każdy z nich. Jego położenie jest z gruntu niesymetryczne: odrzucenie prawie nigdy mu nie zaszkodzi, bo odrzucony scenariusz rzadko wraca potem jako cudzy przebój. Zachwyt obciąża nazwisko, bo jeśli przełożony otworzy polecany tekst i odłoży go po dziesiątej stronie, zaufanie odbudowuje się miesiącami.
Każdy raport kończy się jednym z trzech werdyktów. Pass jest stanem domyślnym i obejmuje przytłaczającą większość zgłoszeń. Consider oznacza, że ktoś wyżej powinien rzucić okiem, i to już bywa realnym sukcesem. Recommend pada tak rzadko, że czytający potrafi nie wystawić go przez cały rok pracy. Polskie firmy rzadko używają tych angielskich nazw, a wnioski składane w instytucjach dostają punktację zamiast pieczątki, ale czynność jest identyczna, bo materiału zawsze jest więcej niż czasu na jego czytanie.
Formularz ma też rubrykę o autorze, całkiem odrębną od oceny tekstu. Można w niej odrzucić scenariusz i jednocześnie zaznaczyć, że pisarz jest wart uwagi. Taki wpis nie ratuje projektu, ale przenosi nazwisko na wewnętrzną listę osób, do których warto zadzwonić przy następnym zamówieniu. Debiutanci zwykle o tej rubryce nie wiedzą, a bywa ona jedyną rzeczą, którą wynoszą ze zgłoszenia.
Raport zostaje w bazie firmy dużo dłużej niż pamięć o samej lekturze. Kiedy pół roku później przyślesz poprawioną wersję pod tym samym tytułem, asystent najpierw znajdzie stary wpis, a dopiero potem otworzy nowy plik. Dlatego branża traktuje pierwsze zgłoszenie jak jedyne, a wysyłanie szkicu na próbę bywa błędem trudnym do odrobienia. Tekst niegotowy nie tyle przepada, ile zostawia po sobie zapis, który trzeba potem przekrzyczeć.
William Goldman opisał w Adventures in the Screen Trade przemysł, w którym nikt niczego nie wie na pewno, a każda decyzja jest zakładem. Coverage jest próbą zamiany takiego zakładu w dokument z podpisem. Raport ma chronić firmę przed zarzutem, że przeoczyła coś oczywistego, więc pisze się go ostrożnie i wymijająco. Czytający chętniej nazywa ryzyko niż zachwyt, bo z ryzyka nikt go potem nie rozliczy.
Cała ta maszyneria sprowadza się do jednej praktycznej rzeczy. Twoją fabułę opowie ktoś obcy, w pośpiechu i własnymi słowami, i to jego wersja pojedzie dalej po firmie. Jeśli po dwudziestu stronach wciąż nie wiadomo, czego bohater chce i kto mu w tym stoi, streszczenie napisze się mętnie samo z siebie. Werdykt jest wtedy tylko formalnością dopisaną na dole ostatniej strony.