
Odmowa jest prezentem, bo zwalnia ręce i pozwala pójść dalej. Gorzej działa obietnica, która nigdy się nie kończy. Development hell to stan, w którym projekt ani nie rusza do produkcji, ani nie zostaje pogrzebany. Umowa obowiązuje, prawa są zajęte, ktoś raz na kwartał dzwoni z uwagami. Powstaje szósta wersja tekstu, potem ósma. Nikt nie ogłasza upadku, bo nikt nie chce być tym, kto zabił film.
Nieporozumienie zaczyna się przy podpisie. Czym jest opcja i czego nie obiecuje, tłumaczy osobne hasło o sprzedaży scenariusza. Umowa rozwojowa finansuje pisanie kolejnych wersji i na tym jej rola się kończy. Zielone światło zapada znacznie później, razem z budżetem, obsadą i pieniędzmi na zdjęcia. Między jednym podpisem a drugim rozciąga się pole, na którym ginie większość projektów, a rządzi na nim prosta nierówność. Ruszenie z miejsca wymaga zgody kilkunastu osób po kolei, od redaktora przez komisję po nadawcę i gwaranta budżetu. Zatrzymanie wymaga jednej.
Umiera się tam bez wystrzału. Producent, który wierzył w projekt, przechodzi do innej firmy, a jego następca ma własną listę tytułów. Aktor, dzięki któremu tekst zyskał notowania, wypada z terminów. Nowy czytający zamawia poprawki sprzeczne z poprzednimi, więc dziesiąta wersja bywa powrotem do trzeciej. Ruch trwa cały czas — postępu nie ma wcale.
Rekord w tej konkurencji trzyma Terry Gilliam i jego Człowiek, który zabił Don Kichota. Reżyser zabierał się do tego filmu od lat dziewięćdziesiątych. W 2000 roku ruszył ze zdjęciami w Hiszpanii i stracił plan po kilku dniach, kiedy burza zniszczyła sprzęt, a odtwórca głównej roli rozchorował się tak, że nie mógł już jeździć konno. Przez następne kilkanaście lat sypały się kolejne wersje finansowania i obsady. Premiera odbyła się w 2018 roku.
Rozpoznanie martwego projektu to osobna umiejętność i nikt jej nie uczy. Sygnały bywają prozaiczne. Terminy przestają padać, uwagi przychodzą coraz później i coraz ogólniej, a pytanie o zapłatę za następną wersję zostaje bez odpowiedzi. Zawodowiec bierze pieniądze za każdy etap i nie pisze na kredyt zaufania. Darmowej poprawki nikt nie liczy, więc można jej zamówić dowolnie wiele.
Bywa też ruch odwrotny do zamrożenia. Studio, które nie chce już robić filmu, ale zdążyło na niego wydać pieniądze, wystawia projekt na sprzedaż i pozwala go wykupić komuś innemu razem z poniesionymi kosztami. Dla tekstu jest to często jedyna droga wyjścia z lodówki, choć nowy właściciel zwykle zaczyna od zamówienia własnej wersji.
Odejście bywa najrozsądniejszym ruchem, jaki autor ma do dyspozycji. Skazaniec z Syzyfa Tycjana pcha swój głaz pod górę w nieskończoność, bo dostał taki wyrok i nic z tym nie zrobi. Piszący wyroku nie ma. Opcje wygasają, prawa wracają do autora, a tekstem, którym przez trzy lata nikt się nie zajął, wolno zainteresować kogoś innego.
Autorzy, którzy utrzymali się w tym zawodzie dłużej niż dekadę, mają zwykle po kilka rzeczy w obiegu naraz. Jedna leży u producenta, druga czeka na decyzję instytucji, trzecia powstaje wieczorami dla nikogo. Kiedy pierwsza zamarza, praca się nie zatrzymuje, bo zostają dwie. To jedyna znana konstrukcja, w której zawieszenie jednego tytułu nie zawiesza całego życia zawodowego.
Bywa skutek gorszy od straconego czasu. Tekst przepisywany przez sześć lat pod dyktando pięciu różnych osób gubi to, po co w ogóle powstał, i zostaje z niego historia sprawna, gładka i niczyja. Wtedy zielone światło niewiele już zmienia, bo na plan idzie coś, czego autor nie chciał napisać. Stracony czas da się odrobić, stracony tekst rzadziej.