Przejdź do treści

Okna dystrybucji: kino, streaming i kolejność premier

John Atkinson Grimshaw, „Stary angielski dom w świetle księżyca” — okazały gmach o zmierzchu, w jego oknach tli się ciepłe światło, reszta fasady tonie w granatowym mroku.
John Atkinson Grimshaw, Stary angielski dom w świetle księżyca, Museum of Fine Arts. Gmach o zmierzchu ze świecącymi oknami — obraz kolejnych „okien”, w których film zapala się dla widza. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain (PD-Art)
Odsłuchaj

Ten sam film sprzedaje się kilka razy tej samej publiczności. Okna dystrybucji to ustalona kolejność, w jakiej wolno mu to robić: najpierw kino ma go na wyłączność, potem wchodzi sprzedaż i wypożyczenie cyfrowe, dalej telewizja płatna, na końcu otwarta antena. Każdy próg to osobna umowa i osobne pieniądze. Kolejność nie jest przypadkowa, bo każde następne okno jest tańsze dla widza i szersze zasięgiem.

Przez kilkadziesiąt lat osią tego układu było okno kinowe, liczone w Stanach mniej więcej na trzy miesiące wyłączności. Kina zgadzały się ryzykować pieniądze na kopie i reklamę, bo przez ten czas nikt im widza nie podbierał. Na tej jednej wyłączności trzymały się budżety, przedsprzedaże i całe finansowanie kina średniej wielkości.

Układ pękł w ciągu dwóch sezonów. Kiedy w 2020 roku kina stanęły, Warner Bros. ogłosił, że cały jego repertuar roku 2021 wejdzie na amerykańskie ekrany i na platformę HBO Max tego samego dnia. Universal dogadał się z sieciami kin na wyłączność skróconą do kilkunastu dni. Dawne trzy miesiące już nie wróciły.

Pieniądze autora są w tę układankę wpisane bezpośrednio. W dawnym modelu każde kolejne okno uruchamiało osobne rozliczenie, więc emisja telewizyjna sprzed dziesięciu lat wciąż potrafiła przynieść przelew. Abonament tak nie działa, bo widz płaci za dostęp do całego katalogu, a nie za konkretny tytuł. Cztery kolejne okna zwijają się wtedy w jedno wejście do biblioteki, po którym nie zostaje żaden osobny ślad.

Okno przesądza również rozmiar opowieści. Kino sprzedaje bilet na jedno posiedzenie i potrzebuje sceny, która działa na dużym ekranie w ciemnej sali pełnej obcych ludzi. Platforma sprzedaje abonament i potrzebuje powodu, żeby widz włączył kolejny odcinek zamiast pójść spać. To dwie różne konstrukcje, choć obie nazywa się scenariuszem.

Najbardziej ucierpiał na tej zmianie dramat średniego budżetu. Kiedyś stanowił podstawę repertuaru i miał swoje trzy tygodnie na ekranach. Dziś częściej rusza od razu w domu, gdzie konkuruje z telefonem leżącym obok pilota. Stąd nacisk na mocniejsze otwarcie i krótsze sceny w tekstach pisanych wprost na platformę. Stąd też ucieczka tych samych tematów w serial, w którym bohater dostaje sześć godzin zamiast stu minut.

Spór o kolejność bywa również sporem o prestiż. Kiedy Netflix chciał pokazać w kinach film Roma Alfonsa Cuaróna, żeby mógł on startować po Oscary, największe amerykańskie sieci odmówiły mu miejsca, bo platforma nie zgodziła się na standardowe okno. Cannes poszło dalej i zażądało od filmów konkursowych normalnej premiery we francuskich kinach. Reguły dostępu do nagród są częścią tej samej układanki co reguły dostępu do widza.

Państwa mają w tym własne zdanie. We Francji kolejność okien jest regulowana ustawowo i przez lata trzymała filmy z dala od platform znacznie dłużej niż w Stanach. W Polsce sztywnego przepisu nie ma, za to jest kalendarz premier, w którym komedia trzyma okolice świąt, a kino festiwalowe schodzi do sal dopiero po jesiennych pokazach. Data premiery bywa więc częścią zamówienia na tekst.

Pytanie o okno pada dziś wcześnie, bo pada przy pierwszej rozmowie o pieniądzach. Producent, który wie, że tekst pójdzie na platformę, inaczej liczy budżet, inaczej dobiera obsadę i inaczej patrzy na finał. Każdy scenariusz trafia w końcu do jakiegoś okna. Kłopot w tym, że jeśli autor go nie wybrał, okno wybiera się samo i rzadko wypada na to, dla którego tekst powstał.