Przejdź do treści

Konkursy i laboratoria scenariuszowe: jak wejść bez znajomości

Henri Gervex, Une séance du jury de peinture (Sesja jury malarstwa) 1885, Musée d'Orsay — tłum mężczyzn w cylindrach ogląda obrazy w złoconych ramach oparte o zieloną ścianę sali, jeden z nich wskazuje parasolem płótno z aktem, posługacze w białych kitlach podtrzymują ramy, z lewej urzędnicy spisują wyniki przy stole, podłoga zasłana kartkami
Do tej sali nie wchodzi nikt ze zgłaszających. Henri Gervex, Une séance du jury de peinture (1885), Musée d'Orsay, Paryż. Jeden z jurorów wskazuje parasolem płótno z aktem, posługacz w białym kitlu podtrzymuje kolejną ramę, a podłoga jest zasłana kartkami. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain (PD-Art)
Odsłuchaj

Do konkursu scenariuszowego Amerykańskiej Akademii Filmowej teksty trafiają bez nazwisk autorów. Czytający nie wie, czyj scenariusz właśnie ocenia. To jedna z niewielu bram w tej branży, przy której brak znajomości niczego nie pogarsza.

Konkurs Nicholla, bo o nim mowa, prowadzi selekcję wieloetapową i w pierwszej rundzie każdy tekst czyta kilka osób niezależnie od siebie. Punkty się sumują, kolejne rundy odsiewają, a na końcu zostaje garstka finalistów i jeszcze mniejsza grupa stypendystów. Stypendium wypłaca się w ratach przez rok, w zamian za obietnicę napisania nowego scenariusza. Prawdziwą stawką jest jednak ogłoszona publicznie lista nazwisk.

Menedżerowie i agenci przeglądają ją w dniu ogłoszenia, bo ktoś właśnie wykonał za nich pierwszą selekcję. Finaliści dostają telefony przez kilka następnych tygodni i wtedy dopiero rozstrzyga się, czy z konkursu cokolwiek wyniknie. Sama nagroda nie sprzedaje scenariusza i nie robi z nikogo zawodowca. Otwiera natomiast skrzynkę, do której wcześniej nie było jak zapukać.

Laboratorium działa na odwrotnej zasadzie. Przyjmuje projekty niedokończone i wyraźnie surowe, bo interesuje je materiał, który da się jeszcze poprowadzić. Screenwriters Lab organizowany przez Sundance Institute sadza wybranych autorów na kilka dni w jednym miejscu i daje każdemu serię rozmów w cztery oczy z doświadczonymi scenarzystami. Rankingu ani zwycięzcy tam nie ma, bo zakład dotyczy człowieka, a nie pojedynczego pliku.

Z konkursem bywa mylona Czarna Lista, która konkursem nie jest w ogóle. Franklin Leonard rozesłał kiedyś do znajomych z działów rozwoju ankietę o najlepsze scenariusze, których nikt nie nakręcił, i zestawienie przyjęło się na dobre. Graham Moore trafił na takie zestawienie z Grą tajemnic, a kilka lat później odebrał Oscara za scenariusz adaptowany. Żeby jednak wejść na tę listę, tekst musi już krążyć po branży, więc lista potwierdza pozycję, zamiast ją tworzyć.

Decyzja zapada w pokoju, do którego zgłaszający nigdy nie wchodzi, i wygląda mniej więcej tak, jak trzydziestu jeden jurorów Salonu na Sesji jury malarstwa Henriego Gervexa. Autorzy nie widzą narady i dostają wyłącznie wynik. Duża część odrzuceń nie ma przy tym nic wspólnego z jakością tekstu. Zgłoszenie przychodzi po terminie, przekracza limit stron, ma nazwisko tam, gdzie regulamin go zabrania, albo format, którego czytnik organizatora nie otwiera.

Konkursów jest przy tym o wiele więcej niż tych, które cokolwiek znaczą. Opłata zgłoszeniowa bywa całym modelem biznesowym organizatora, więc warto sprawdzić, kto zasiada w jury i co zwycięzca realnie dostaje poza dyplomem. ScripTeast prowadzi roczny cykl dla scenarzystów z Europy Środkowo-Wschodniej, z sesjami roboczymi i finałem podczas festiwalu w Cannes. Rozwój projektu da się też sfinansować ze środków publicznych, bo instytucje dofinansowują nie tylko samą produkcję.

Konkurs i laboratorium stoją po dwóch stronach tego samego progu. Jeden ogłasza twoje nazwisko ludziom, którzy zawodowo szukają nieznanych, drugi daje ci kilka miesięcy uwagi kogoś, kto już umie to, czego ty się dopiero uczysz. Ani jeden, ani drugi nie skraca drogi o krok. Zostają natomiast jedynym miejscem w tej branży, w którym o przyjęciu decyduje sam plik — nie nazwisko autora i nie to, przy czyim stole zdążył usiąść.