Przejdź do treści

Koprodukcja międzynarodowa: jak finansuje się film dziś

Claude Lorrain, 1648, National Gallery w Londynie — szeroka zatoka o wschodzie słońca, tarcza słońca nisko pośrodku płótna rozlewa po wodzie pas światła. Lewą krawędź zamyka wysoka antyczna ruina z korynckimi kolumnami, za nią maszty żaglowca przy nabrzeżu. Prawą wypełnia jasny pałac z kolumnadą i szerokie schody schodzące do wody, na których tłoczy się barwny tłum. Pośrodku zatoki okrągła baszta i most, na pierwszym planie wioślarze przy łodziach, dźwigane bele i skrzynie oraz kotwica leżąca na kamiennym bruku.
Claude Lorrain, Seaport with the Embarkation of the Queen of Sheba (Port morski z wejściem królowej Saby, 1648), National Gallery, Londyn. Po lewej antyczna ruina, po prawej świeży pałac, dwa różne porządki po dwóch stronach jednej zatoki. Spina je słońce ustawione dokładnie na osi obrazu, a zabierz je, to zostaną dwie osobne budowle. Tak samo trzyma się koprodukcja. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain (PD-Art)
Odsłuchaj

Koprodukcja zaczyna przepisywać scenariusz, zanim ktokolwiek zaproponuje w nim jakąkolwiek zmianę. Robi to arytmetyką. Pieniądz z każdego kraju przychodzi z warunkiem, że część filmu powstanie właśnie tam.

Formalnie jest to umowa producentów z co najmniej dwóch państw, którzy stają się współwłaścicielami filmu. Dzięki niej jeden tytuł sięga po krajowe fundusze w każdym z tych krajów naraz, zamiast walczyć o cały budżet w jednym. W Europie tak powstaje dziś znaczna część kina autorskiego, bo rodzime pieniądze rzadko wystarczają na cokolwiek powyżej kameralnego dramatu.

O tym, czyj jest film, nie decyduje paszport reżysera. Decyduje punktacja zapisana w umowach dwustronnych i w europejskiej konwencji o koprodukcji filmowej Rady Europy. Punkty przyznaje się za obsadę, za pion reżyserski i autorski, za montaż, za miejsce zdjęć i postprodukcji. Projekt, który nie uzbiera ich dość, traci status koprodukcji, a razem z nim dostęp do pieniędzy, po które sięgał.

Z czego montuje się taki budżet i dlaczego żadne źródło nie płaci za całość, tłumaczy osobne hasło o finansowaniu publicznym. Koprodukcja nakłada na to własną hierarchię. Jeden producent jest większościowy i to on odpowiada za film, pozostali wchodzą z mniejszym udziałem, a udział przekłada się na prawa i na wpływy z terytoriów. Polska dokłada zwrot trzydziestu procent kosztów poniesionych w kraju, którym od 2019 roku zarządza Polski Instytut Sztuki Filmowej. Kraj większościowego partnera zwykle rozstrzyga przy tym, w jakim języku mówi bohater i gdzie stoi jego dom.

Każdy z tych kawałków ma przypięty warunek. Pieniądz regionalny trzeba wydać w regionie, zachęta obejmuje wyłącznie koszty krajowe, a fundusz partnera oczekuje swoich ludzi w ekipie i na ekranie. Producent układa z tego tabelę, w której każda kwota ma z góry przypisane miejsce wydania. Scenariusz dopasowuje się do tej tabeli jako ostatni.

Wyprawa składana z wielu udziałów ma tę własność, że nie rusza, dopóki nie dołożą wszyscy. Claude Lorrain zatrzymał w Porcie morskim z wejściem królowej Saby chwilę tuż przed wypłynięciem — tłum stoi jeszcze na schodach nabrzeża, a żaden maszt nie ruszył z miejsca. Gdy w koprodukcji jeden partner odpada na miesiąc przed zdjęciami, reszta pieniędzy okazuje się warunkowa i znika razem z nim.

Wpisanie tych wymogów w fabułę to robota pisarska. Bohater może być emigrantem dlatego, że połowa budżetu przyszła z kraju, do którego wyjechał, i wtedy geografia produkcji staje się tematem filmu. Gorzej wychodzi doklejanie do gotowej historii postaci drugoplanowej z obcym akcentem, żeby zgadzała się punktacja. Taką postać widać od pierwszej sceny z jej udziałem.

Magnus von Horn przyjechał do łódzkiej szkoły filmowej ze Szwecji i od tamtej pory pracuje w dwóch kinematografiach naraz. Jego filmy są jednocześnie polskie i skandynawskie, a Dziewczyna z igłą powstała jako koprodukcja duńsko-polsko-szwedzka i w każdym z tych trzech krajów liczy się jako film własny. Podział między krajami bywa w takich projektach źródłem tematu, a nie kosztem doliczonym do budżetu.

Historia rozpisana na cztery kontynenty i trzydzieści lokacji bywa niewykonalna nawet przy świetnym pomyśle. Żaden fundusz nie ma powodu dokładać się do zdjęć w miejscu, którego nie obejmuje jego regulamin, a producent nie ma wtedy z czego złożyć swojej tabeli. Tekst z takim rozmachem rzadko dostaje zresztą jawną odmowę. Zwykle po prostu leży w rozwoju, aż prawa do niego wygasną.