
W piramidzie Freytaga kulminacja wypada pośrodku, a cała druga połowa jest zjeżdżaniem w dół. Dzisiejszemu oku wygląda to na błąd konstrukcyjny. Tymczasem właśnie zjazd jest w tym modelu rzeczą główną, a szczyt istnieje po to, żeby było skąd spadać. Reszta pięcioaktowej budowy wynika z tego jednego rozstrzygnięcia.
Gustav Freytag opisał ten kształt w Technice dramatu z 1863 roku. Był niemieckim pisarzem i uważnym czytelnikiem tragedii, więc rozkładał na części to, co znał najlepiej, czyli dramat grecki i pięcioaktową tragedię nowożytną. Wyszło mu pięć odcinków, które nazwał ekspozycją, wzrostem akcji, punktem kulminacyjnym, opadaniem akcji i katastrofą. Wykres tego przebiegu rzeczywiście przypomina górę i stąd wzięła się nazwa.
Rysunek Freytaga jest przy tym symetryczny. Wierzchołek stoi dokładnie w połowie, oba zbocza mają tę samą długość, a to znaczy, że połowa utworu przeznaczona jest na konsekwencje. Na obu zboczach umieścił jeszcze po jednym punkcie zwrotnym, moment pobudzający na wejściu i moment tragiczny zaraz po szczycie. W podręcznikach szczyt zdążył się przez półtora wieku przesunąć w prawo i dziś rysuje się go bliżej końca. Tak jest wygodniej dla współczesnego filmu, ale to już inna konstrukcja niż ta, którą Freytag opisywał.
Opadanie akcji brzmi jak wyciszanie, a działa odwrotnie. Po szczycie zaczynają wracać rachunki, bo rzeczy, które bohater uruchomił po drodze w górę, dochodzą po kolei i żadnej nie da się już zatrzymać. Freytag umieścił w tej części osobny moment ostatniego napięcia, krótki błysk nadziei, po którym spadek robi się jeszcze szybszy. Napięcie bierze się tu z bezradności, podczas gdy w części rosnącej brało się z możliwości. Dlatego bohater w tej połowie częściej reaguje, niż działa.
Sofokles w Antygonie oddaje tę drugą połowę Kreonowi. Zakaz pogrzebu i wyrok na dziewczynę to jeszcze wspinaczka, bo władca decyduje i jest pewny swego. Wszystko po tym punkcie jest już przychodzeniem rachunku, czyli śmiercią Antygony, śmiercią jego syna i śmiercią jego żony. Kreon zdąży jeszcze zmienić zdanie, ale robi to o kilka chwil za późno i właśnie to spóźnienie jest tragedią. Zostaje na scenie żywy i pusty, bo ktoś musiał dożyć własnych konsekwencji.
Pięć aktów ma też Balladyna Juliusza Słowackiego, napisana na długo przed rozprawą Freytaga. Zbrodnia o dzban malin i kolejne zabójstwa niosą bohaterkę na sam wierzchołek, czyli na tron. Właściwa rzecz zaczyna się dopiero stamtąd, bo królowa musi sądzić sprawy, w których sama jest winna, i wydaje wyroki na siebie. Piorun w ostatniej scenie dopełnia tylko to, co bohaterka zrobiła własnymi ustami.
Sam kształt nie szkodzi — szkodzi dopiero krata zrobiona z tego opisu. Odliczanie pięciu aktów i wbijanie szczytu w połowę na siłę daje konstrukcję, która do danej historii nie należy. Freytag opisywał gatunek uprawiany w konkretnym miejscu i czasie, a komedia, kryminał czy film akcji układają napięcie inaczej, bo obiecują widowni co innego. Liczy się łuk i to, czy został spłacony, a nie liczba aktów.
Piramida przydaje się dziś bardziej jako miara niż jako plan. Miejsce, w którym w gotowym szkicu wypada najwyższy punkt, mówi o gatunku więcej niż deklaracje autora. Szczyt tuż przed końcem zapowiada opowieść o wygranej, a szczyt w połowie zobowiązuje do całej drugiej części, w której ktoś płaci za to, co wygrał.