Przejdź do treści

Frakcje i organizacje: jak grupy nadają światu fakturę

Rembrandt, Straż nocna 1642, Rijksmuseum w Amsterdamie - kompania miejskiej gwardii wychodzi z zacienionej bramy: na przedzie kapitan w czerni z czerwoną szarfą i porucznik w jasnożółtym stroju, wokół gwardziści z muszkietami, halabardami i chorągwią, po lewej rozświetlona postać dziewczynki, po prawej dobosz i szczekający pies
Rembrandt, Straż nocna (1642), Rijksmuseum w Amsterdamie. Cień wyciągniętej ręki kapitana pada na jasny kaftan idącego obok porucznika, z tyłu ktoś ładuje muszkiet, przy bębnie szczeka pies. Portret zbiorowy, za który każdy z gwardzistów zapłacił osobno, wyszedł Rembrandtowi jako scena w połowie ruchu. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain (PD-Art)
Odsłuchaj

Organizacja zaczyna się przy progu wejścia, na który trzeba sobie zasłużyć, i kończy przy odejściu, które zostawia ślad na całe życie. Wszystko pomiędzy da się podrobić jednakowym mundurem. Sztandar, barwy i nazwa to opakowanie, które można wymienić w jedno popołudnie. Ciekawe rzeczy dzieją się pod spodem, w regulaminie i w cenniku przysług.

Postać, która do czegoś należy, dostaje od razu kilka rzeczy naraz. Ma reguły do złamania, drabinę do wspinania, ludzi, przed którymi musi się tłumaczyć, i tajemnicę do pilnowania. Bohater bez przynależności wymyśla wszystko od zera, a bohater w bractwie ma gotowy konflikt na każdym piętrze.

Najszybciej zabija taką grupę monolit. Jedna Rada, jedna wola, wszyscy myślą to samo i nikt się nie wyłamuje, choć żadne prawdziwe zgromadzenie ludzi tak nigdy nie działało. Blisko stąd do frakcji różniących się wyłącznie barwą sztandaru, bliższych klubom sportowym niż wyznaniom, które rzekomo reprezentują.

Na Straży nocnej Rembrandta nie ma dwóch takich samych twarzy. Jeden gwardzista ryczy ze śmiechu, drugi odwraca się z powagą do sąsiada, trzeci patrzy prosto na widza, a nad nimi wszystkimi idzie ta sama chorągiew. Ta różnica trzyma całą rzecz w pionie, bo ludzie zdolni jutro złamać szyk dziś stoją w nim dobrowolnie.

Siłę takiego ciała najlepiej widać w chwili, gdy się ono rozpada. Władysław Pasikowski w Psach wziął formację rozwiązaną z dnia na dzień i posadził jej ludzi przed komisją decydującą, kto zostanie. Ci, którzy odpadli, nie umieją już być nikim innym, bo całą ich tożsamość mieściła dotąd jedna legitymacja.

Mario Puzo w Ojcu chrzestnym opisał organizację, która udaje rodzinę. Wchodzi się tam przez przysługę, a przysługę spłaca się wtedy, gdy każą, i tym, czego zażądają. Nikt niczego nie podpisuje, a mimo to wszyscy wiedzą, co grozi za odejście, i ta wiedza trzyma ludzi mocniej niż strach przed policją.

Zgromadzenie ludzi nigdy nie mówi jednym głosem. John le Carré w Druciarzu, krawcu, żołnierzu, szpiegu rozpisał wywiad jako gniazdo cichych stronnictw, w którym zdrada okazuje się skrajną formą zwykłej rywalizacji o stanowisko. Ludzie donoszą tam na siebie z powodów w połowie ideowych, a w połowie całkiem prywatnych.

Zakon bez tajemnicy jest świetlicą. Organizacja warta pisania ma powód istnienia, który da się powiedzieć w jednym zdaniu, i drugi powód, o którym nie mówi się nikomu z zewnątrz. Potrzebuje też progu, jakiejś próby albo przysięgi, przez którą trzeba przejść, żeby zacząć się liczyć wśród swoich.

Społeczeństwo rysuje się samo, gdy wiadomo, do czego ludzie wstępują dobrowolnie. Komu płacą składki, przed kim zdejmują czapkę i czyje pogrzeby uważają za swoje. Drzewo genealogiczne dynastii nie powie o tym ani słowa, choćby sięgało dziesięciu pokoleń.

Prawdziwy charakter takiego ciała wychodzi dopiero przy odejściu. Wystawia rachunek, ściga, wykreśla z ksiąg — albo po prostu przestaje odbierać telefon. Statut wywieszony przy wejściu nie zdradzi z tego niczego. Kiedy organizacja nie robi nic, znaczy to tylko tyle, że przynależność do niej nigdy nic nie znaczyła.