
Rzym przez tysiąc lat powtarzał, że założył go chłopiec, który zabił własnego brata. Nikt tej wersji nie ukrywał ani nie łagodził. Bratobójstwo i wilczyca tłumaczyły naraz boskie pochodzenie miasta oraz jego apetyt na cudzą ziemię. Dwie sprzeczne rzeczy w jednej legendzie i obie były do czegoś potrzebne.
Opowieść o początku nie jest kroniką i nie ma obowiązku być prawdziwa. Odpowiada na pytania, które ludzie zadają sami o siebie. Skąd jesteśmy, dlaczego ta ziemia jest nasza i dlaczego akurat ten ród siedzi na tronie. Kronika mówi, co się zdarzyło. Mit mówi, co z tego wynika dla żyjących, i dlatego tłumaczy także, czemu krzywda sprzed ośmiu pokoleń wciąż komuś spędza sen z powiek.
Wergiliusz pisał Eneidę na dworze Augusta i wywiódł ród cesarza od uchodźcy z płonącej Troi. Państwo świeżo po wojnie domowej dostało przeszłość starszą od siebie i szlachetniejszą, niż na to zasługiwało. Nowa dynastia przestała być zwycięzcą w rzezi, a stała się spadkobiercą przeznaczenia. To była propaganda pisana wierszem i czytana w szkołach przez dwadzieścia stuleci.
Gall Anonim w Kronice polskiej wywiódł dynastię od Piasta, ubogiego kołodzieja, który przyjął pod dach obcych wędrowców. Królowie dostali w ten sposób pochodzenie skromne i gościnne zamiast zdobytego mieczem. Legenda o Lechu i orle nad czerwoną łuną dorzuciła do tego stolicę oraz godło, które naród nosi do dzisiaj. Obie opowieści przetrwały, bo obie komuś się przydały.
Taką opowieść trzeba było raz po raz pokazywać, żeby dalej pracowała. U Rubensa w Romulusie i Remusie pasterz zastyga nad wilczycą karmiącą dwoje niemowląt, a w wodzie obok wyleguje się rzeczny bóg Tyber. Obraz powstał ponad tysiąc lat po upadku cesarstwa i wciąż był komuś potrzebny. Wersja, która przestaje być malowana i powtarzana, wysycha w ciągu paru pokoleń.
Najciężej pracują te początki, które są zarazem katastrofą. Tolkien w Silmarillionie zatopił wyspiarski Númenor za pychę jego królów, a to jedno zdarzenie tłumaczy potem i prawa późniejszego królestwa, i jego powolny schyłek. Taki początek jest raną, która nie chce się zabliźnić — a rana pracuje przez stulecia.
Najmocniejsze opowieści o początku są wystrzępione. Dwie wersje się nie zgadzają, jedna kronika przemilcza to, o czym druga się rozwodzi, a pierwszeństwo zapisu przepadło gdzieś po drodze. Właśnie dlatego można o nie walczyć, a zawodowe przepisywanie przeszłości przez władzę pokazuje osobne hasło o historii świata. Wersja gładka i uzgodniona przestaje być mitem, bo nie ma już czego bronić.
Każdy początek wyznacza przy okazji, kto tutaj nie jest stąd. Polska szlachta przez dwa stulecia wywodziła się od Sarmatów, czyli od zdobywców przybyłych z zewnątrz, a chłopom zostawiła miejscowych przodków. Pan i poddany dostali w tej wersji osobne pochodzenie, więc nierówność stanów wyglądała na fakt sprzed wieków. Kto wie, kogo jego mit wyklucza, ma gotowy konflikt dla każdej postaci spoza kręgu.
Pokazać to można właściwie tylko przez cudze ręce. Kapłan powołuje się na mit przy koronacji, chłop przeklina nim sąsiada, samozwaniec dorabia sobie do niego rodowód. Prolog, w którym autor sam wykłada dzieje świata, nie daje ani jednej takiej sceny. Mit istnieje w cudzych ustach albo nie istnieje wcale.
Mit, po który nikt nie sięga w przysiędze i którego żaden buntownik nie chce obalić, zdążył już umrzeć, choć nikt go nigdy nie odwołał. Ten, który naprawdę pracuje, ma zawsze dwie strony. Z jednej stoi ktoś, kto z tej opowieści żyje, z drugiej ktoś, kto ostrzy nóż na jej wersję.