Przejdź do treści

Śmierć i pogrzeb: jak świat żegna swoich zmarłych

Arnold Böcklin, Wyspa umarłych wersja III 1883, Alte Nationalgalerie w Berlinie - z ciemnej, gładkiej wody wyrasta skalista wysepka, a ze środka jej wnętrza strzela gęsta kępa czarnych cyprysów sięgająca górnej krawędzi obrazu; po obu stronach wąskiej przystani stoją pionowe jasne ściany skalne z wykutymi rzędami prostokątnych otworów, na nabrzeżu nie ma nikogo, od lewej podpływa niska łódź z wioślarzem, wyprostowaną białą postacią i podłużną skrzynią, niebo jest ciemne i bez chmur
Arnold Böcklin, Wyspa umarłych (wersja III, 1883), Alte Nationalgalerie w Berlinie. W jasnych skałach po obu stronach przystani wykuto rzędy prostokątnych komór, na nabrzeżu nie czeka nikt. Woda stoi, cyprysy się nie poruszają, a cały ciężar tej sceny bierze się z tego, że nic się w niej nie dzieje. Źródło: Wikimedia Commons · Public Domain (PD-Art)
Odsłuchaj

Świat opowieści pokazuje, czym naprawdę jest, w ciągu dwóch minut po czyjejś śmierci. Ktoś okrywa zwłoki, ktoś zamyka oczy, ktoś odwraca wzrok albo w ogóle się nie rusza. Liczba ciał niczego tu nie rozstrzyga. Publiczność zapamiętuje to, co ludzie robią z ciałem, i po tym ocenia cały świat.

Wymyślony świat musi na początku zdecydować, co robi ze swoimi zmarłymi. Ziemia, stos, morze, wieża milczenia i chłodnia to pięć różnych odpowiedzi na pytanie, czym w ogóle jest człowiek. Lud, który pali swoich umarłych, nie boi się tego samego co lud, który ich zakopuje. Ciało jest pierwszym dowodem w sprawie i najłatwiej go pokazać bez słowa.

Sposób pokazania śmierci waży więcej niż sam moment zgonu. Na Wyspie umarłych Arnolda Böcklina nie dzieje się nic gwałtownego, a łódź z wioślarzem i białą, spowitą postacią przy trumnie sunie ku skale porośniętej cyprysami. Śmierć jest tam przeprawą i właśnie ta cisza daje jej ciężar. Widz dostaje kilka sekund na to, żeby zrozumieć, co się przed chwilą stało, i te sekundy robią całą robotę.

Zaraz za ciałem idzie sprawa tego, co według tych ludzi czeka po drugiej stronie. Wyobrażenie zaświatów po cichu ustawia całe życie doczesne. Ktoś, kto spodziewa się kolejnej rundy, ryzykuje inaczej niż ktoś, kto spodziewa się ciemności. Nawet niedowiarek musi się w takim świecie wobec czegoś określić, bo wszyscy dokoła mają zdanie.

Żałoba potrzebuje formy, którą da się pokazać. Czuwanie przy trumnie, rok w czerni, zasłonięte lustra, imię, którego nie wolno już wymawiać przy stole. Bez tego smutek zostaje w głowie bohatera, a widz musi wierzyć na słowo, że ktoś tam cierpi. Obrzęd jest po to, żeby żal miał gdzie się podziać, i po to, żeby wszyscy dokoła wiedzieli, jak się zachować.

W Coco Lee Unkricha zmarli trwają dokładnie tak długo, jak długo ktoś żywy trzyma ich zdjęcie na ołtarzu. Zapomnienie jest tam drugą śmiercią — ostateczną i nieodwracalną. Zasada jest prosta i dlatego się trzyma, a widz liczy razem z bohaterami, ile fotografii zostało jeszcze na ścianie. Wystarczyło uzależnić istnienie od pamięci, żeby kawałek papieru w ramce zaczął ważyć jak ludzkie życie.

Adam Mickiewicz w Dziadach sięgnął po obrzęd, w którym żywi raz w roku wywołują swoich zmarłych, karmią ich i rozmawiają z nimi. Umarli nie są tam załatwieni ani odprowadzeni. Wciąż mają wobec żywych zaległości, a żywi wobec nich powinności, których nie da się umorzyć. Granica między jednymi a drugimi jest przepuszczalna i to ona napędza całą rzecz.

Pogrzeb jest też wydarzeniem towarzyskim i tę jego rolę docenia się najrzadziej. Nad trumną dzieli się spadek, odgrzewa dawne swary i czasem godzi rodzinę, która nie rozmawiała od lat. Trudno o lepszy pretekst, żeby zamknąć w jednym pomieszczeniu ludzi, którzy się unikają, i kazać im mówić o zmarłym dobrze.

Kiedy w opowieści giną tuziny, a nikt nie zostaje pochowany ani wspomniany, każde kolejne zabójstwo waży mniej od poprzedniego. Publiczność przyzwyczaja się do tego w kilka scen. Potem przychodzi śmierć naprawdę ważna i sala przyjmuje ją obojętnie. Zmarły znaczy w opowieści dokładnie tyle, ile po nim zostaje u żywych.