
Rzymianie liczyli lata od założenia miasta, a rewolucyjna Francja od ogłoszenia republiki. Punkt zerowy kalendarza jest najkrótszą deklaracją, jaką kultura o sobie składa.
Wybór tej jednej daty mówi, co dany świat uważa za początek wszystkiego. Państwo liczące lata od koronacji przyznaje, że jego dzieje są dziejami władzy. Państwo liczące je od klęski przyznaje, że nigdy z niej nie wyszło. Francuzi razem z rokiem pierwszym wprowadzili nowe nazwy miesięcy i dziesięciodniowy tydzień, a dwie z tych nazw, brumaire i thermidor, do dziś znaczą tyle co zamach stanu.
Sam punkt zerowy jeszcze nie wystarcza, bo rok musi mieć wyczuwalny puls. Miesiące potrzebują nazw, które coś znaczą dla ludzi je wymawiających, a pory roku potrzebują charakteru. Jest miesiąc, w którym nikt nie wyrusza w drogę, i miesiąc, w którym zawiera się małżeństwa. Jest tydzień, kiedy sądy stoją, więc wierzyciel musi poczekać. Z takich drobiazgów czytelnik składa sobie czas świata, choć nie zapamiętał ani jednej daty.
Wymyślony kalendarz najczęściej okazuje się naszym własnym w przemalowanych nazwach. Zimowe święto z prezentami, wiosenne odrodzenie, dożynki po żniwach, wszystko na swoim miejscu i tylko z obcymi etykietami. Taki rok nie zdradza o świecie niczego, bo powtarza rytm, który czytelnik zna z domu. Wystarczy przesunąć jedną rzecz, choćby ustawić nowy rok na środek zimy albo na początek pory deszczowej, żeby kultura zaczęła wyglądać na własną.
Święto ściska to wszystko w jeden widzialny dzień. W izbie z Wieczoru Trzech Króli Jana Steena religijne święto, jedzenie i śpiew zajmują jedno pomieszczenie, a rządzi w nim człowiek obwołany królem na jedną noc. Koronę dostaje ten, komu w cieście trafi się ukryte ziarno bobu, więc kolejność odwraca się na kilka godzin. Reszta roku trzyma się mocniej właśnie dlatego, że raz wolno ją wywrócić. Trzy strony opisu ustroju nie dadzą tego, co jedna zatłoczona izba w świąteczną noc.
Doroczny obchód bywa też silnikiem fabuły, bo zmusza ludzi do przyjścia. Shirley Jackson w Loterii opisała miasteczko, które raz w roku zbiera się na placu i losuje kartki z drewnianego pudełka, a wylosowanego kamienują sąsiedzi. Groza tego opowiadania siedzi w kalendarzu. Nikt nikogo nie przymusza, wszyscy przychodzą sami, bo w tym dniu tak właśnie się robi. Uroczystość ustawia scenę bez wysiłku, bo zbiera pod jednym dachem ludzi, którzy normalnie by się minęli, i daje intrydze osłonę hałasu.
Władza wie o świętach więcej niż etnograf. Angielscy purytanie zakazali obchodów Bożego Narodzenia, a nowe ustroje regularnie kasują stare daty i wpisują w ich miejsce własne rocznice. Zakazane święto natychmiast staje się polityką, bo obchodzi się je po cichu i wszyscy wiedzą, czym ryzykują. Opowieść dostaje wtedy scenę, w której samo pójście na uroczystość jest decyzją. Narzucona data przyjmuje się natomiast dopiero wtedy, gdy ktoś zaczyna na nią czekać z własnej woli.
Czasu świata nie widać w tabeli, tylko w tym, na co ludzie czekają: żołnierz odlicza dni do końca służby, dziecko do jarmarku, wdowa do rocznicy, której wolałaby nie dożyć. Trzynaście miesięcy po czterdzieści dni można sobie rozpisać w notatniku i nikomu o tym nie mówić. Do opowieści wchodzi wyłącznie ta garść dni, które ktoś naprawdę odlicza.