
Bohaterowie fantasy od pół wieku jedzą to samo: polewkę i chleb. Ta potrawa nie pochodzi z żadnej krainy i nie mówi o niej ani słowa. Stół jest tymczasem jednym z najgęstszych źródeł wiedzy o świecie, jakie autor ma pod ręką.
To, co leży na talerzu, jest mapą zwiniętą do rozmiarów posiłku. Rośnie tu żyto albo ryż, łowi się dorsza albo nie łowi się niczego, a pieprz przyjeżdża z drugiego końca świata i trafia wyłącznie na stoły ludzi, których na niego stać. Kuchnia zdradza klimat, szlaki handlowe i granicę, za którą kończy się to, co miejscowi w ogóle uznają za jedzenie.
Klasę widać jeszcze szybciej. W jednym mieście jedni jadają mięso codziennie, drudzy w niedzielę, a trzeci pamiętają jego smak z wesela sprzed lat. Biały chleb był przez stulecia znakiem majątku, bo mąka bez otrębów wymagała dodatkowej roboty i dodatkowego ziarna. Jeśli twoje postacie zajmują różne miejsca w hierarchii, a jadają identycznie, ta hierarchia istnieje tylko w deklaracjach.
Zamożność widać też w resztkach. Willem Claesz. Heda w Śniadaniu z pasztetem namalował stół już po posiłku, z przewróconym kieliszkiem, skórką cytryny zwisającą przez krawędź i pustymi muszlami ostryg. Z samych odpadków odczytujemy i majątek jedzących, i to, że wyszli w połowie. Nienaruszony półmisek nie powiedziałby tyle.
Wiara siedzi przy stole w postaci zakazów. Nie ma religii, która nie rozstrzygałaby, czego nie wolno tknąć i kiedy należy być głodnym. Polski stół wigilijny jest w całości ułożony przez post, więc mięsa nie ma na nim wcale, a są grzyby, karp i kompot z suszonych owoców. Jedno nakrycie zostaje puste dla kogoś, kto mógłby przyjść. Prawo gościnności zostało wpisane w zastawę.
Wspólny posiłek bywa zarazem gestem bliskości i gestem władzy. Kto sadza kogoś przy swoim stole, bierze go pod ochronę, i dlatego chleb z solą podany przybyszowi znaczył więcej niż powitanie. Z tego samego powodu otrucie gościa na własnej uczcie uchodzi niemal wszędzie za zdradę cięższą niż zabicie go w otwartej walce.
Skrajność odwrotna do polewki i chleba wygląda tak, że autor zakochuje się w kuchni i wypisuje ucztę danie po daniu, aż opis rośnie w katalog i zatrzymuje opowieść. Wiesław Myśliwski w Traktacie o łuskaniu fasoli poszedł w drugą stronę. Cała książka toczy się przy łuskaniu fasoli dla przygodnego gościa, a ta powolna czynność trzyma rozmowę, która inaczej rozsypałaby się na wspomnienia. Jedzenie działa w opowieści najmocniej wtedy, gdy ktoś przy nim coś robi, komuś podaje albo komuś odmawia.
Karen Blixen w opowiadaniu Uczta Babette oparła całą fabułę na jednym obiedzie. Francuska kucharka, uciekinierka bez majątku, wydaje wygraną na loterii na kolację dla surowej norweskiej gminy, która od lat jada gotowaną rybę i traktuje przyjemność jako pokusę. Posiłek nikogo nie nawraca, ale rozwiązuje języki i godzi ludzi skłóconych od dziesięcioleci.
Jedzenie jest przy tym najbardziej zmysłową rzeczą, jaką da się wstawić do sceny. Marcel Proust w W poszukiwaniu straconego czasu uruchomił kilkutomową powieść od smaku magdalenki zanurzonej w herbacie, bo smak i zapach sięgają pamięci szybciej niż widok. Czytelnik nie poczuje nazwy potrawy, nawet najstaranniej dobranej. Poczuje jej temperaturę, zapach i to, co po niej zostaje na zębach.