
Przez półtora tysiąca lat europejski lekarz leczył, wyrównując cztery soki ciała. Upuszczał krew, bo wierzył, że jest jej za dużo, i robił to w najlepszej wierze. Wymyślony świat też leczy wedle tego, w co wierzy, a nie wedle tego, co okazało się prawdą kilka stuleci później.
Wymyślone lecznictwo wyrasta z tego, co dany lud uważa za przyczynę choroby: gniew bogów, osobisty grzech, zepsute powietrze, urok rzucony przez sąsiadkę albo niewidzialne drobiny w wodzie. Od tego przekonania zależy reszta, łącznie z tym, kogo się wzywa do łóżka i kogo się potem obwinia.
Zaraz za przyczyną stoi sprawa uprawnień, czyli tego, kto w danym świecie ma prawo leczyć. Cechowy medyk z dyplomem, wiejska zielarka, chirurg rąbiący na polu bitwy i kapłan modlący się przy ołtarzu to cztery zupełnie różne układy władzy. Tam, gdzie wiedza o ciele jest rzadka, jej właściciel stoi wyżej od namiestnika.
Na obrazie Gerarda Dou Kobieta chora na puchlinę medyk ogląda pod światło szklany flakon i marszczy brwi nad barwą płynu. Dwa kroki dalej chora osunęła się w krześle i nie ma siły unieść głowy. Badanie i bezradność mieszczą się w tej samej izbie, a każde z nich patrzy w inną stronę.
Słowiańska wieś wyobrażała sobie zarazę jako osobę. Morowa dziewica szła drogami od wsi do wsi, wysoka i blada, a wystarczyło, że zajrzała w okno albo machnęła czerwoną chustą. Choroba dostała twarz, imię i trasę, więc dało się przed nią uciekać, próbować ją przekupić i opowiadać o niej wnukom.
Mór wywraca porządek szybciej niż wojna. Albert Camus w Dżumie zamknął miasto kwarantanną i przyglądał się, co każdy z jego mieszkańców z tym zrobi, bo z epidemią nie da się negocjować ani wygrać jej pojedynkiem. Connie Willis w Księdze Sądu Ostatecznego poszła w drugą stronę i pokazała zarazę od środka, gospodarstwo po gospodarstwie.
Na przeciwnym krańcu skali stoi jedno łóżko. Krzysztof Zanussi w Życiu jako śmiertelnej chorobie przenoszonej drogą płciową dał lekarzowi diagnozę, od której nie ma odwołania, i zajął się wyłącznie tym, jak człowiek układa sobie resztę czasu. Rozpalone gorączką dziecko potrafi w scenie ważyć tyle, co armia pod murami.
Uzdrawianie powinno kogoś nadwyrężyć. Robin Hobb w Uczniu skrytobójcy pokazała uzdrawianie wysysające siły z chorego i z uzdrowiciela naraz, więc obaj wychodzą z tego głodni i słabi jak po tygodniu pracy. Eliksir kasujący każdą ranę do rana zabiera opowieści stawkę, której potem nic nie zastąpi.
Choroba w dobrze zbudowanym świecie coś znaczy. Raz jest karą, raz próbą, raz znakiem wybrania, a raz wstydem, który trzeba ukryć przed sąsiadami, a każde z tych znaczeń tworzy inne prawo i inny sposób traktowania chorych. Kwarantanna, wygnanie i litość wyrastają z bardzo różnych przekonań.
Ciało, które strząsa z siebie wszystko, przestaje być stawką. Widz ogląda wtedy rany spokojnie, bo z góry wie, że do następnej sceny się zagoją, a najgroźniejszy przeciwnik zostaje w opowieści bez zębów. Gorączka, na którą nikt nie ma nic, straszy mocniej niż smok.