
Prędkość, z jaką świat przenosi ludzi i wieści, decyduje o jego rozmiarze. Tam, gdzie najszybszy jest koń, imperium się nie utrzyma. Królestwa robią się małe, a wojny mielą miesiącami. Wioskę można odciąć od pomocy na trzy tygodnie, zanim ktokolwiek w stolicy o tym usłyszy. Dołóż koleje albo działające portale, a te same granice rozjadą się na pół kontynentu.
Juliusz Verne zbudował na tej jednej wielkości całą powieść. W 80 dni dookoła świata nie ma innego napięcia niż rozkład jazdy, bo Phileas Fogg wygrywa i przegrywa na przesiadkach, opóźnieniach i pogodzie. Zakład ma sens tylko w świecie, w którym koleje i parowce zdążyły już spiąć się w jedną siatkę połączeń. Trzydzieści lat wcześniej ta książka nie miałaby o czym opowiadać.
Łączność ustawia drugą wielkość — opóźnienie świata. Aleksander Dumas rozegrał je w Hrabim Monte Christo z zimną precyzją. Wystarczy przekupić obsługę jednej wieży telegrafu optycznego, żeby przez Francję poszła fałszywa wiadomość, a bankier stracił majątek na giełdzie, zanim ktokolwiek zdąży sprawdzić prawdę. Kto słyszy pierwszy, ten rządzi, i nie potrzebuje do tego ani armii, ani racji.
Jest jeszcze prędkość, za którą płaci się latami własnego życia. Stanisław Lem posłał bohatera Powrotu z gwiazd na wyprawę, z której ten wraca po dziesięciu latach własnego życia i po ponad stu latach życia Ziemi. Nikt na niego nie czekał, język się przesunął, a odwaga, dla której go wysłano, wyszła z mody. Statek wrócił, tylko podróż odbyła się w jedną stronę.
Za każdą prędkością stoi coś, co ktoś zbudował i co ktoś utrzymuje. Rzymski akwedukt z obrazu Huberta Roberta spina całą dolinę trzema piętrami arkad, a ludzie u jego podnóża są przy nim wielkości mrówek. Taka budowla powstaje dziesięcioleciami, kosztuje majątek i pierwsza sypie się, gdy państwo słabnie. Most, przełęcz i przeprawa promowa rozstrzygają potem, którędy pójdzie wojsko i gdzie urośnie miasto.
Każdy taki kanał ma swojego właściciela. Ktoś pobiera myto na moście, ktoś trzyma klucz do bramy, ktoś czyta cudze listy, zanim je poda dalej. W państwie z powolną łącznością człowiek obsługujący przekaźnik ma w ręku więcej niż niejeden namiestnik. Niejeden bunt zaczyna się od przecięcia jednej drogi.
Każdy kanał ruchu potrzebuje własnego sposobu zawodzenia. Werner Herzog oparł Fitzcarralda na człowieku, który przeciąga statek przez górę, bo rzeka nie chce iść tam, gdzie trzeba. Gołąb pocztowy daje się zestrzelić, bramę można zamknąć od drugiej strony, a statek tonie razem z całą pocztą. Droga, na której nic nie może pójść źle, jest tylko przerwą między scenami.
Autorzy najczęściej łamią własne odległości po cichu. Średniowieczny kurier pokonuje królestwo w jedną noc, bo scena tego potrzebuje. Ostrzeżenie przychodzi zawsze w ostatniej chwili i nigdy dzień po. Dystans paruje razem ze stawką, którą tworzył, i nagle nic nie może być za daleko ani za późno.
Rozliczanie każdej mili to osobny kłopot, bo tabela zmian koni jeszcze nikogo nie wciągnęła. Wystarczy, żeby czas podróży był uczciwy tam, gdzie coś od niego zależy. Wtedy posiłki naprawdę mogą nie zdążyć, a list naprawdę może przyjść po pogrzebie. Rozmiar świata nie bierze się z mapy, lecz z tego, ile trwa droga przez nią.