
Każda kultura ma coś, po co sięga wieczorem, i coś, po co wolno sięgnąć wyłącznie kapłanowi. W tych dwóch rzeczach mieści się jej hierarchia, jej religia i jej czarny rynek.
Codzienny kielich jest towarzyski i nudny, i właśnie od niego trzeba zacząć. Piwo warzone w każdej wsi znaczy co innego niż wino sprowadzane zza morza. Napój dostępny dla wszystkich buduje inny obyczaj niż napar zastrzeżony dla świątyni. Zanim wymyślisz swojemu światu narkotyk wizyjny, warto wiedzieć, co ten świat pije w zwykły czwartek.
Prawo do odurzenia rozdziela się w świecie równie starannie jak ziemię. W jednym miejscu kielich w południe jest oznaką próżniactwa, w drugim oznaką rangi. Używka sprowadzana z końca mapy trafia do dwudziestu osób w stolicy, a reszta zna ją wyłącznie z plotek. Kto pije, co pije i przy kim, układa całą hierarchię bez jednego herbarza.
Odurzenie potrafi być sprawą zbiorową i wtedy przestaje być prywatną słabością. Na Bachanaliach na Andros Tycjana przez wyspę płynie strumień wina, a mieszkańcy tańczą, śpiewają i osuwają się w sen. Nie ma tam wstydu ani ukrycia — jest święto. Kultura, która wpisała sobie taki dzień do kalendarza, przez resztę roku zupełnie inaczej traktuje pijaństwo.
Gdzie indziej odmienny stan jest kwalifikacją zawodową. Wyrocznia delficka wieszczyła w transie, a kapłanka miała monopol na to, czego trzeźwy nie zobaczy. Taka funkcja natychmiast rodzi politykę, bo ktoś decyduje, kto zostaje wieszczem, a ktoś inny pilnuje, żeby wieszcz mówił rzeczy wygodne. Wizja bez tej całej instytucji wokół siebie wisi w powietrzu.
Stanisław Ignacy Witkiewicz opisał rzecz od środka w Narkotykach. Prowadził firmę portretową i znaczył na gotowych obrazach zakodowaną notatkę o tym, co brał albo czego nie brał, malując. Portret stawał się przy okazji protokołem zmienionej percepcji. Pisał o używkach bez pobłażania i bez legendy, o powabie i o rachunku równocześnie.
Aldous Huxley w Nowym wspaniałym świecie zrobił z odurzenia narzędzie rządzenia. Soma należy się tam każdemu obywatelowi z urzędu, więc nikt nie musi pilnować ludzi, którym akurat nic nie dolega. Państwo rozdaje ukojenie za darmo i oszczędza na policji politycznej. Substancja staje się w ten sposób częścią ustroju.
Rachunek nie zawsze wystawia ciało. Philip K. Dick w Przez ciemne zwierciadło dał bohaterowi substancję, która rozszczepia świadomość, więc tajniak inwigiluje sam siebie i nie rozpoznaje, kogo właściwie obserwuje. Zabiera mu ona nie wątrobę, lecz zdolność powiedzenia, kim jest. Trudno o dotkliwszy koszt dla postaci.
Wojciech Smarzowski w Pod Mocnym Aniołem, na podstawie powieści Jerzego Pilcha, liczy ten sam rachunek bez metafizyki. Bohater wychodzi z oddziału, wraca na oddział, opowiada o tym pięknymi zdaniami i pije dalej. Film nie moralizuje i nie straszy. Pokazuje tylko, ile razy zdąży się obrócić to samo koło.
Substancja, która naprawdę działa, natychmiast robi się towarem. Ktoś ją uprawia, ktoś opodatkowuje, ktoś przemyca, a ktoś inny wprowadza za nią karę śmierci i robi na tym karierę. Jedna przyprawa jest w Diunie Franka Herberta naraz religią, walutą i nałogiem, a wojna o galaktykę toczy się tam o dostęp do niej. Wizyjny proszek, który rośnie sam i do nikogo nie należy, jest w opowieści zwykłym wytrychem do zamkniętych drzwi fabuły.