
Wywiad z postacią zaczyna się jak zabawa. Siadasz, zadajesz swojemu bohaterowi pytanie i sam sobie na nie odpowiadasz, tylko że jego głosem. Zabawa kończy się przy pierwszej odpowiedzi, która wypada nie po twojej myśli.
Dokument z życiorysem zbiera fakty i układa je w porządku, jakiego bohater nigdy by nie zachował. Wywiad zbiera mowę. Zostaje po nim długość zdania, ulubione słowo, moment, w którym rozmówca skręca na inny temat, i pytanie, na które odpowiada dopiero za trzecim razem. Materiał jest surowy i w większości bezużyteczny, a ta jego resztka trafia potem prosto do dialogu.
Pytania działają wtedy, kiedy dotyczą konkretnego dnia i konkretnego przedmiotu. Pytanie o charakter dostaje w odpowiedzi przymiotnik. Pytanie o to, co bohater zrobił z rzeczami po zmarłej matce i jak długo stały w korytarzu, dostaje czyn. Praca przypomina wtedy zajęcie medyka z Wizyty lekarza Fransa van Mierisa starszego, który odwraca się od osuniętej na krześle pacjentki i ogląda pod światło szklaną flaszkę, bo odpowiedź leży gdzie indziej niż w tym, co chora sama o sobie powie.
W teatrze robi się to samo na głos i przy świadkach. Aktor siada przed zespołem w roli i przez godzinę odpowiada na pytania o rzeczy, których w sztuce w ogóle nie ma. Najdalej poszedł z tym Mike Leigh, który zaczyna pracę nad filmem bez gotowego scenariusza. Przy Vera Drake aktorzy budowali swoje postacie miesiącami, każdy osobno, a sceny wyrosły z improwizacji prowadzonych już po tym, jak każdy z nich wiedział o sobie wszystko.
Osobno warto przepytać dwie postacie po kolei o to samo zdarzenie. Wersje nigdy nie schodzą się co do detalu, a rozjazd między nimi pokazuje, co każde z tych dwojga uważa za ważne i co przemilcza. Wychodzi z tego gotowa scena kłótni, w której nikt nie kłamie, a mimo to obie strony mówią co innego.
Metoda psuje się zawsze w ten sam sposób. Autor odpowiada własnym głosem i dostaje same potwierdzenia. Bohater tłumaczy swoje decyzje składnie, zgadza się z planem i ani razu nie odmawia rozmowy. Człowiek przepytywany przez godzinę kłamie w drobiazgach, myli daty, przechwala się i w jednym miejscu zamyka się jak scyzoryk.
Literatura zna ten opór od stu lat. Luigi Pirandello w Sześciu postaciach scenicznych w poszukiwaniu autora wypuścił na scenę rodzinę, która przychodzi do teatru z własną historią i nie godzi się na to, co robi z nią zespół. Cały pomysł stoi na tym, że postacie wiedzą o sobie więcej niż ludzie, którzy mają je zagrać. Udany wywiad wygląda dokładnie tak samo, tylko bez świadków i bez sceny.
Wywiad zrobiony pierwszego dnia zwykle nic nie daje, bo bohater nie ma się jeszcze czym bronić. Sensowna pora przychodzi wtedy, gdy wiadomo już, co go czeka i czego on nie zniesie. Drugie przesłuchanie, po skończonym szkicu, bywa warte więcej niż pierwsze. Na te same pytania pada inny zestaw odpowiedzi, a różnica między nimi jest przemianą bohatera zapisaną wcześniej, niż zdążyła trafić do scen.
Z godziny gadania zostaje najczęściej pół strony notatek. Zostaje też coś, czego w notatkach nie widać. Przy pisaniu sceny pada replika poprawna, zgodna z fabułą i pasująca do sytuacji, a mimo to od razu słychać, że ten człowiek by tak nie powiedział. Autor, który nigdy nie słyszał swojego bohatera mówiącego o niczym, nie ma czym tego sprawdzić.